Imieniny. Co by tu człowieczkowi sprezentować. Oczywiście Człowieczek zgłosił potrzebę posiadania nowego zestawu klocków Lego. Najlepiej policji. Zgłosiliśmy veto. Co jakiś czas może dostać coś innego. Sięgnęliśmy więc do dawnego pomysłu Najwspanialszej. Gra planszowa. Grzybobranie. Podobno Jej ulubiona gra z dzieciństwa :)
Zaczynamy zabawę, idzie dobrze, grzyby do koszyczków. Nagle foch. Bo On przegrywa. Jak to ?
- Przecież jestem ostatni !
Jednak pojął w końcu, że wygrywa nie ten, kto pierwszy dotrze na metę, tylko ten, kto uzbiera najwięcej grzybów :) Gramy dalej. Po chwili pojawił się następny problem. Trafił na pole z muchomorkiem. I przegra. Negocjacje były ciężkie.
- Jasiek, patrz, przecież masz dużo podgrzybków w koszyku.
- Tato, ale muchmorów się nie zbiera, nie wolno, są przecież trujące !
I jak z takim argumentem dyskutować ? Jeszcze dodał , że niektóre muszki mogą jest muchomorki i nie można im zabierać "jeściu".
Dał się w końcu jakoś przekonać do reguł gry.
Na koniec liczymy grzyby w koszykach. Muchomorki odejmują punkty. Odruchowo wysypałem grzyby na podłogę i biorę się za liczenie. Protest.
- Tata, tak się nie liczy ! Musisz je wysypać na jedną rękę, i liczyć przekładając na drugą ! Tak jak Mamusia rano !!!
Cóż. Metoda Najwspanialszej znowu wygrała. A mówią, że prostsze rozwiązania eliminują te skomplikowane.. .
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
środa, 2 lipca 2014
Grzybobranie
czwartek, 15 maja 2014
Ogród Krasińskich
Nietypowo jak na nas, postanowiłem sprawić dziecku frajdę całkiem podstawową na jego poziomie, zgodnie z jego zachcianką. Starczy tych żołnierzy i innych ciekawostek. Niech się po prostu wybawi na placyku zabaw.
Ale przecież w weekend nie pójdę z nim po prostu na podwórko :) Trzeba coś ciekawszego wymyślić. Zresztą, podwórko ma codziennie, o ile jest pogoda. Właśnie otworzyli po remoncie Ogród Krasinskich, jest to jakiś pomysł :) Placyk zabaw jakiś tam jest, więc jedziemy. Parkujemy. Pierwsza atrakcja - trafiło nam się miejsce koło czerwonej ślicznej sportowej Corvetty.
- Tata, kupimy kiedyś taką ?
- A nie wolisz terenówki ?
- No dobra.
Szukamy wejścia. Jest :) Zaraz pierwszy placyk zabaw zobaczyliśmy.
Dopadł karuzeli. Ładna, stylowa. Mi przypadła funkcja napędu. Po chwili dopadł piaskownicy z jakąś konstrukcja dziwną do przesypywania piasku.
- Daj mi łopatkę i wiaderko.
Wziął ze sobą wyposażenie. Wybrał największe gabarytowo. Nie wiem, jakim cudem zmieściły mi się do plecaka. Ale dziecko się nie lubi ograniczać. Żeby miał sam dzwigać, co to to nie :) Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy mu się przydadzą wolne ręce...
Chwilę się pobawił, ale szybko mu się znudziło. Może po prosty placyk był zbyt "dla maluszków" ? W końcu to już duży chłopak.
Ruszyliśmy się dalej.
Po drodze karmiliśmy ptaki przezornie zabraną bułką. W założeniu mieliśmy karmić kaczki, więc rzucaliśmy ją do wody. Kaczki jednak nie były zainteresowane, spały sobie na wysepce. Natomiast kawałkami bułki bardzo zainteresowane były gołębie i wrony. Po chwili odważyły się, podlatywały tuż nad wodę i wyławiały smakołyki. Młody rechotał w głos na widok ich manewrów i akrobacji.
Ruszyliśmy dalej, doszliśmy do przeciwległego krańca ogrodu i widzimy drugi placyk. Pełen sprzętów na jego poziomie :) Rzucił się pędem przed siebie ku ogromnej zjeżdżalni. Zaraz miał kilku kolegów, ja tylko czasem musiałem hamować jego zapał do zjazdu na brzuchu głową w dół. Sam chciałem spróbować, ale w tłumie dzieciaków chyba bym się trochę wyróżniał ;)
I hit placyku - cymbałki ! Kilka rur zawieszonych na metalowej ramie i pałeczka. Tak jakby trochę za ciężka. Tak jakby dwa w jednym - szkoląc wirtuozerski dbasz o rozwój mięśni :) Dał wspaniały koncert, mi zaproponował karierę solisty
- Pośpiewasz jak będę grał ?
Tu zaprotestowałem. Pozostałem widzem. Nie chciałem, by wszyscy uciekli z parku. Za to obiecałem mu, że następnym razem Mamusie zaśpiewa. Lepiej sobie z tym radzi.
Wrócił do domu zadowolony, zmęczony. Ale i tak nadal chce być ułanem.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Święta na czworakach
Wielkanoc. Prezent od Zajączka. Klocki LEGO, upolowany hiperzestaw w cenie... No, nie najniższej, ale zbliżonej do ceny dużego pojazdu. A tu i karetka, i helikopter, i jeszcze szpital :) W związku z czym spędziłem prawie dwa dni na podłodze. Najpierw budowaliśmy. Potem się bawiliśmy. Wstanie choćby na kawałek mazurka było w biegu.
- Jedz szybciej, Tata, bo się bawimy, jedziemy pomóc chorym !
Jak już wynegocjowałem krótką przerwę, zaraz musiałem mu pomóc wyjąć ratowniczkę z karetki, przyczepić nosze do rąk lekarza, czy przyczepić odpadnięte śmigło helikoptera. Zabawa super, ale czasem warto wyprostować stare kości.
W końcu, zdeterminowany, wyjąłem ze swojej szafy pięknej skarbów lupę. Może na 5 minut nią się zajmie i da mi odetchnąć, wyprostować się.
- Tata, będziesz pomocnikiem detektywa ! Widzisz na podłodze ślady pieska Emily ?Musimy go znaleźć, chodź, szybko.
Płonne nadzieje. Zyskałem tyle, że zamiast siedzieć w jednym miejscu na podłodze łaziliśmy na czworakach po całym mieszkaniu...
czwartek, 24 kwietnia 2014
Biwak
Piknik pod namiotem w dużym pokoju. Pomysł w dechę. Zwłaszcza, że wybiłem mu z głowy rozkładanie namiotu plażowego :) Stworzyliśmy konstrukcję klasyczną, z krzeseł i koca. Zmieścili się tam pluszowi przyjaciele, śpiwór, On i ja. Trochę pogadaliśmy, trochę pośpiewaliśmy. W końcu zaczęliśmy wypatrywać niebezpieczeństw czających się w ogromnym lesie.
Wokół namiotu kręcił się wilk. Na szczęście zwierz ten nie przepada za ogniem, więc nasze ognisko przed namiotem załatwiło problem.
Potem skądś nadszedł żołnierz. Nie wiadomo skąd. Podobnie jak umundurowane i uzbrojone ludki na Ukrainie. Jasiek postanowił go odpędzić strzałami ze strzelby.Zaprotestowałem.
- Ale przecież żołnierze są fajni i nas bronią !
- Tato, ale przecież ten to jest Niemiec !
Wyhodowałem więc kolejnego w rodzinie wyznawcę stereotypów i urazów historycznych ;)
I nagle
- Tata, a tam idzie mój praprapradziadek !
Więc pokazałem mu w albumie zdjęcie jego praprapra-, żeby zobaczył, jak przed laty wyglądał urzędnik n-tego stopnia lwowskiej izby skarbowej :)
sobota, 19 kwietnia 2014
Zabawa w strzelanie
Kolejne dylematy wychowawcze, narzucone przez propagandę pacyfizmu braterstwa międzyludzkiego i poprawności politycznej. Jak zawsze piękne ideały tak jakby odstające od rzeczywistości.
Zabawy ze strzelaniem. W niektórych przedszkolach wręcz zabronione. Bo po co uczyć dzieci przemocy ? Walki, bicia się, strzelania i zabawy w wojnę czy zabijanie ? Niby wszystko pięknie. Tylko...
Niestety czasem trzeba się bronić. Życie jest jednak walką. W różnych wymiarach, na różnych płaszczyznach. Nie ma co udawać, że świat jest piękny. W życiu z reguły osiągają coś ci, którzy umieją czasem być ostrzy. Ale ja nie o tym ;)
Lata świetlne temu, począwszy od przedszkola, bawiłem się z kumplami w różne gdy wojenne, z przemocą strzelaniem i zabijaniem. Oczywiście "nanibowymi". Policjantów i złodziei, indian i kowboi, czterech pancernych itp. Kulminacją był moment, gdy na podwórku były wykopy w temacie remontu pewnie rur wodociągowych. To były nasze okopy, granatami były grudki ziemi. Kamień automatycznie wykluczał z zabawy - takie były reguły, sztywne, bezdyskusyjne. Zawsze miałem wśród zabawek jakąś szablę, pistolet, czołg. Z chłopakami w szkole co jakiś czas się biliśmy. I co ? Nie zostałem żołnierzem mafii czy najemnikiem. I nie biję żony, kolegów w pracy i przechodniów ;)
Więc trzeba znaleźć złoty środek . Nie przesadzajmy z tymi trendami i poprawnoscia. Jak świat światem chlopaki się bili i bawili w wojnę. Może właśnie dzięki temu wyrastali na mężczyzn, a nie hipsterów. I może dzięki wpojeniu, że czasem trzeba się bić, potrafi o coś walczyć lub czegoś bronić. Zamiast "nakładać sankcje" z wygodnego fotela.
Nie będę dziecku zabraniał zabawy w wojnę. Tylko mu powiem, po której stronie trzeba walczyć. I nawet w szale tej zabawy pilnować reguł gry. I będę pilnował, żeby to była walka o coś, a nie dla samej walki.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Świnka Zombie
Unikamy oglądania bajek o potworach i strzelaniu, gier z zabijaniem i nadmiarem przemocy, tłumaczymy, że zabawa w strzelanie nie jest fajna. Oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku i bez udawania, że tych tematów nie ma. Czyli raczej w naszym świecie nie istnieją na razie gormity transformersy i inne takie.
Aż tu nagle... Wiadomo, przedszkole, koledzy... I Jasiek oznajmia z przejęciem
- Bawiliśmy się dziś z chłopakami w świnkę zombie !
I szczęka mi opadła. Trzeba zgłębić temat.
- A cóż to za stwór ?
- Taki potwór który nas chce zjeść !
- Jak się w to bawicie ?
- Goni nas a my do niej strzelamy !!!
Z każdym słowem coraz gorzej...
Chociaż, z drugiej strony... Też się bawiłem w jego wieku w indian i szeryfa czy wojnę w ujęciu czterech pancernych. I nie zostałem zwyrodnialcem. Chyba nim nie zostałem ;) Tylko... Może mi nie chodzi o same elementy przemocy, a o podkład kulturowy. Pewnie bym się nie przejął gonitwą za smokiem wawelskim. Bo przy okazji pozna legendę. Dowie się o dobru i złu.
A zombie ? Z innego, amerykańskiego,kręgu kulturowego. Zaadoptowany przez hollywoodzki showbiznes. Oferuje przemoc dla przemocy i rozrywki. I jeszcze to bezmyślnie strzelanie. Ech, niech chociaż z topielicami walczą. łukiem. Albo sposobem. A tu...
A co ciekawsze, dokonałem próby odstraszenia od zombie. Wyszukałem w necie jakiś straszne okropne obrzydliwe "zdjęcie" Zombie, pokazałem Juniorowi z komentarzem "patrz jaki okropny, niefajny, straszny i krzywdzi dzieci". Niestety, Jaśkowi fizjonomia przypadła do gustu. Chyba czas na bajki o wampirach ;)
A sobie kupię jakiś nóż typu "zombie killer". Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Choćby do strugania osikowych kołków...
czwartek, 3 kwietnia 2014
Zabawa w strażaków
Dawno już nie bawiliśmy się strażakami. Pewnie trochę ponad tydzień :) Jasiek sobie przypomniał, wyjęliśmy akcesoria na środek pokoju i przystąpiliśmy do akcji. Zwyczajowo ogniem zajął się mały domek. Wszystkie wozy strażackie ruszyły do akcji. Komendant stał na skrzyżowaniu i kierował drużynami strażackimi. Tym razem mieliśmy już pełną koordynację działań. Talent organizatorski syna mnie zadziwił. Przejął dowodzenie, każdemu ze strażaków wyznaczył miejsce do gaszenia. Ba, nie pozwolił mi zacząć gasić póki wszyscy nie byli na swoich miejscach. Może dzięki temu akcja przybiegła bardzo sprawnie i już po chwili pożar był ugaszony ?
Drobna refleksja, gdy spojrzałem na teren zabawy, mnie naszła. Zawsze patrzyłem na potężne zestawy Lego z myślą - chciałbym taki Jaśkowi sprawić, chciałbym sam się takim pobawić. Tak samo patrzyłem na obrazki i filmiki reklamowe klocków. Myśli te były tak samo realne jak te o nowym Ferrari czy wyprawie życia do, powiedzmy, Kongo czy Mongolii. A tu - spojrzałem na nasz teren zabawy - niby trzy czy cztery zestawy najwyżej z półki średniej - i proszę, akcja jak z pięknej reklamy :) I przyznam - kawałek ulicy cenę ma bezsensownie wysoką - ale ileż wnosi do zabawy ! Cóż, zawsze taki chciałem mieć ;)
Ludzików nam się trochę namnożyło. Chyba pączkują w nocy. Każdy ma trochę inną twarz. Jasiek każdego rozróżnia, i ich nazwy wprowadzają mnie w - no, śmiech bierze. Tak więc mamy
- Panią Strażaczkę
- Strażaka Spoconego - faktycznie ma krople potu na czole
- Strażaka z Kłujakami - taki nieogolony do końca
- Strażaka z Długimi Kłujakami - znaczy brodaty
i kilku innych jeszcze nienazwanych :)
Zabawa była świetna. Warto czasem podążyć za wyobraźnia dziecka i zanurzyć w świecie dzieciństwa. Relaks doskonały :)
wtorek, 25 marca 2014
Afrykański pociąg
Pociąg i podróże stały się tematem przewodnim tygodnia. Ustalony kierunek Afryka wymagał doprecyzowania. Dżungla czy pustynia ?
- Do dżungli ! Odwiedzimy Badoo !
Dobra. On odwołuje się do swojej wiedzy o świecie czerpanej z bajek, ja do swojej. Szczęśliwie udaje nam się ustalić wspólną wypadkową. Dzięki temu łączymy zabawę z nauką :)
Dodatkowo zrezygnował Z pociągu na rzecz terenówki. Jeśli Afryka, to wymyśliłem mu LandRovera. Ustawiamy inaczej krzesła i mamy pogromcę bezdroży. Nawet z bagażnikiem. W którym zmieściło się picie, słodycze i kilka pluszaków
Jedziemy. Po drodze przemykają w buszu małpy, lwy, hipopotamy i żyrafy. Mniej więcej kierunkuję, jakie zwierzaki tam żyją. Mniej więcej, bo sam mam nie do końca wiem, co mieszka w dżungli a co na sawannie ;) I nagle
- Tato, idę włożyć kalosze
- Po co ?
- Jest przecież pora deszczowa i musimy przekroczyć rzekę !
Włożył kalosze. I zaczął skakać po kamieniach na rzece w strugach afrykańskiej ulewy. Czyli po krzesłach będących wcześniej siedzeniami Land Rovera. Rzeka była bardzo szeroka i rwąca, bo przeprawa zajęła nam jakieś pół godziny. Na szczęście udało nam się skończyć i sprzątnąć ekwipunek przed powrotem Kobiety Naszych żyć. Brudne kalosze na krześle chyba nie wprawiłyby Jej w zachwyt...
poniedziałek, 24 marca 2014
Rycerski pociąg
Rozwijamy powoli temat zabawy w pociąg. Kilka dni temu zapropinowałem mu przejazd do Kanady. Czemu tam ? Pewnie echa moich młodzieńczych lektur o traperach, misiach grizzly, Wielkiej Stopie i całkiem świeżego wirtualnego zauroczenia takim ślicznym nożykiem jak Canadian Belt Knife :) Skądś trzeba czerpać inspiracje do zabaw ;) Zaczynamy zabawę, ustawiamy krzesła, fotel i zydelek IKEA'owski w rzędzie wsiadamy, zaczynam ruszać ku Kanadzie, a ten smarkacz zaczyna swoją zabawę, niekoniecznie spójną z moją koncepcją. Musi zatankować, zatrzymać się przed szlabanem, spotkać się z konduktorem, mieć współczesną lokomotywę z przyciskami a nie parowóz pełen zaworów. I oczywiście musi być wypadek, żeby strażacy mogli przyjechać. Zmęczony byłem, strzeliłem focha i odpuściłem. W tą zabawę nie będę się bawił i już ! Mam po dziurki w nosie strażaków i szlabany. A poza tym chcę go wyrwać z zaklętego kręgu współczesności i pokazać inny świat.
Zaczęliśmy negocjacje. Ustaliliśmy, że następnego dnia pobawimy się w podróż pociągiem. Bez wypadków i strażaków. Ale nie do Kanady. Wybierzemy się w podróż do rycerza Mike'a !
Następnego dnia ustawiliśmy w pokoju pociąg z krzeseł i fotela i ruszyliśmy w drogę. Najpierw przez puszczę pradawną, leśne mateczniki. Obserwowaliśmy niedźwiedzie, lisy, zające, żubry jelenie i... wiewiórki. Nawet próbowaliśmy oszczepem upolować bobra, ale ten uciekł. Po chwili wyjechaliśmy na pola malowane zbożem rozmaitem, przypatrując się znojowi chłopstwa feudalnego. Na szczęście udało mi się barwnie opisać konika ciągnącego lemiesze ;)
Wreszcie dotarliśmy pod zamek. Mury fosa most zwodzony. Zwięzła wymiana zdań z wartownikami, zgrzyt łańcuchów mostu na fosie, podnoszonej kraty, jesteśmy u celu. Ja udałem się do karczmy na kawę, syn mógł zająć się wreszcie naprawą koła w pociągu :)
A przy kolacji zaczęliśmy planować wyprawę do Afryki...
sobota, 22 marca 2014
Zabawa w spanie
Dawno dawno, miał jakiś roczek. Mniej więcej. Raczej mniej. Usypiałem go. Coś tam gadałem czy śpiewałem, bawiliśmy się i powstrzymywałem go przed uciekaniem z łóżeczka. I znienacka zaczął się bawić w spanie. Pochrapywał nanibowo. Po czym otwierał oczy ze śmiechem i spojrzeniem pt "ale świetna zabawa, teraz Ty !" :)
A ja sobie z rodzicielską dumą uświadomiłem, że Maluszek osiągnął kolejny kamień milowy rozwoju. Zabawa abstrakcyjna, w udawanie. Byłem dumny jak paw ! To jedna z chwil, które głęboko mi utkwiły w pamięci.
Jedne zdarzenia przemijają, inne właśnie rodzic zapamięta na zawsze. Dlaczego akurat te nie inne ? Nie wiem. Ale wiem, które będę wnukom opowiadał. I niecierpliwie czekam na następne :)
niedziela, 16 marca 2014
Zabawy w pociąg
Ostatnio kultywujemy tradycyjną zabawę w pociąg. Ewentualnie autobus, wyposażenie mamy to samo. Wielofunkcyjne. W domu. Ustawiamy wszystkie możliwe krzesła jedno za drugim. Fotele i stołki też. Kanapa służy jako peron dworca. Wsiadamy i wysiadamy. Wkładamy bagaże i wyjmujemy. Czasem wydajemy dźwięki ciuch ciuch i gwizd, czasem nie. Pociąg jeździ w różne miejsca znane Jankowi - do Babci, Cioci, w góry, nad morze, do Wrocławia, przedszkola, na plac Bankowy... I w miejsca których chcę go nauczyć - do Oslo, na Syberię, do Islandii, do Modlina, do Indian i w góry...Kiedyś na jasiową prośbę pojechał nawet do Japonii. Skąd mu się wzięła Japonia ? Nie mam pojęcia. Nie dał sobie nawet wytłumaczyć, że po drodze jest morze i trzeba skorzystać z okrętu.
- To wybudujemy most ! - rezolutnie podsumował. Ma już w życiu jakiś cel :)
W dziecięcym atlasie zachwyciła go "mapa" Rosji z Trans-Sibem. Wygrała z francuskim TGV. Orient-Expresu nie było... No, przyznam, trochę sprowokowałem ten zachwyt krótkim opowiadaniem ;)
A zabawę musimy wzbogacić. I nie tylko o infrastrukturę, jak szlaban, semafor czy zwrotnica, ale i o przygody, Dziki Zachód z Indianami, mosty i urwiska, przepych wspomnianego Orient Expresu i co nam przyjdzie do głowy. Zabawę w "Uciekający pociąg" na razie opuszczę, za kilkanaście lat może obejrzy film. Za to muszę go kiedyś zabrać na wycieczkę w wagonie piętrowym..
piątek, 14 marca 2014
Zabawa w szukanego
Wieczorna kąpiel i nowa zabawa.W "chowanego". Albo raczej w "szukanego". Jaśko kładzie się w wodzie. Tak, żeby glowa mu nie wystawała nad brzeg wanny. I każe się szukać, "ale nie tylko tutaj, po całym mieszkaniu". Więc go szukam głośno komentując swoje poczynania.
" Gdzie jest Jaś ? W pokoju nie widzę, na kanapie go nie ma, pod stołem też nie, za kanapa, pod fotelem za telewizorem przy lampie nie ma. Gdzie On się schował ? Zobaczę w kuchni. Pod stołem w lodówce pralce piekarniku go nie widać... Gdzie On może być ? Może w sypialni ? Nawet pod kołdrą się nie skrył....". I tak dalej, na szczęście nie mamy zbyt dużego domku bo przecież nie mogę ominąć żadnej możliwości i pomieszczenia. "Tata, jeszcze nie sprawdzałeś w szafie w przedpokoju !". Czasem nawet wyglądam na korytarz Docieram po kilku minutach do łazienki, w której muszę sprawdzić przynajmiej trzy miejsca, zanim nie spojrzę na wannę ze słowami "Coś wystaje z wody, czy może to jest..." i w tym momencie z wanny słyszę salwę śmiechu :)
I tak wskazane jest, bym wykonał przynajmniej trzy tury poszukiwań.
Gdy wreszcie odmawiam współpracy... Wczoraj pojawiła się nowa koncepcja przedłużenia zabawy. "Tata teraz Ty się schowaj a ja Cię będę szukał z wanny ! Ale schowaj się w łazience, żebym wiedział, gdzie jesteś !". Cwaniak. I mamy pierwszy problem. Schować się w łazience. Schować się w łazience tak, by być prawieniewidocznym jest niemożliwe. Zwłaszcza, że jestem długi, a łazienka... Cóż, jakieś 1,5 x 2 metry :) W końcu kucnąłem za koszem na pranie, na głowę założyłem mały plastikowy stołeczek z IKEI i udawaliśmy, że mnie całkiem nie widać :) I Jaś zaczął poszukiwania. "Tu Taty nie ma, tam też nie. W szafce nie ma, pod korkiem nie ma, w kranie też nie, pod gąbką, w butelce z szamponem (co ja jakiś dżin jestem ???), na sznurku z praniem, w koszu, ..........". W końcu po długich minutach, gdy zaczął mnie łapać skurcz w kolanach, synek się zlitował i mnie znalazł. Od "Tata, jeszcze raz się schowaj !" uratował mnie dźwięk zaczynającej się ulubionej bajki dobiegający z pokoju.
Jutro pewnie powtórka nowej zabawy...
sobota, 15 lutego 2014
Połowy
Siedzimy sobie w domu, nudzimy się, szukam w głowie pomysłu na zabawę.
Już nie wiem, czy to był pomysł mój czy Jaśka. Łowienie rybek. Nie jestem wędkarzem, ale możemy poudawać rejs kutrem po morzu, i łowienie powiedzmy dorszy. Po drodze może być sztorm, możemy spotkać rekina, opłynąć wyspę lodową... Ileż przygód !
Ale przejdźmy do rzeczy. Dotarliśmy do łowiska, pod nami prawdopodobnie ławica dorszy i śledzi. Z kanapy symulującej kuter widać ich błyszczące grzbiety wśród fal. Rybki wymyślił młody rybak. I podniósł kluczowy problem - skąd weźmiemy wędki ??? Dobrze, że nie chciał sieci rybackiej.
Musiałem szybko zanurzyć się w swoim skarbczyku. Sznurek wojskowy jest, zabezpieczony kawałek drutu jest - więc haczyk i żyłkę mamy ! Udało mi się go przekonać, że Wikingom to wystarczało, nie mieli kija i kołowrotka.
I w najlepsze przez dwie godziny łowiliśmy ryby, smażyliśmy, jedliśmy, łowiliśmy następne. A potem na obiad nie było wyjścia, trzeba było zrobić rybę :)
poniedziałek, 10 lutego 2014
Kółko i krzyżyk
Nauczył się grać. Mniej więcej.
Wcześnie. Dumni jesteśmy.
Więc gramy. Jeden raz. Drugi. Piąty. Dziesiąty.
Czasem Jaś przegrywa. Czasem. Niezbyt często. Nie można go zniechęcić. Ostatnio po każdej przegranej chował się pod krzesło.
Tylko my jeszcze nie do końca przywykliśmy do takiego trybu gry. Przełamujemy zachowania automatyczne. Hamujemy w ostatniej chwili długopis nad kartką, by nie zakończyć przedwcześnie gry własną wiktorią. Nie takie to proste, ciągle przeoczać oczywiste ruchy.
Cicho podpowiadamy, mimochodem wskazujemy
- Tutaj postaw kółko, zablokujesz mnie / będziesz miał trzecie w rzędzie / ...
Główkujemy, jakby tu doprowadzić do remisu. Czasem się udaje. To chyba większa sztuka niż zwyciężyć. Albo staramy się tak grać, by wygrał, ale w ostatnim ruchu, po zaciętej walce.
Nie taka to prosta gra...
czwartek, 6 lutego 2014
Hot wheels
Któregoś dnia Synuś postanowił rozłożyć tzw tor dla HotWheelsów. Zabawka duża, skomplikowana w składaniu, i w dodatku strasznie hałaśliwa. Dobra, niech mu będzie, pomyślałem. Też może mieć coś z życia i trochę beztroskiej zabawy. Może da nam chwile odpocząć i sam się pobawi ? Płonne nadzieje. W chwili łączenia ostatniego elementu usłyszałem
- Tata, pościgasz się ze mną ?
Co było robić. Szczęśliwie ściganie w tym wypadku nie oznacza ruchliwości i aktywności, a jedynie ruch dłonią i obserwację, czyje autko dalej wyskoczy. Bezmyślnie zająłem optymalne miejsce na podłodze. Żeby tylko nie ten hałas...
I ku własnemu zaskoczeniu, zabawa mnie wyciągnęła. Zaczęliśmy krzyczeć jak opętani, zanosić się śmiechem, głośno dopingować swoje autka - słowem emocje nas poniosły jak na prawdziwych zawodach ! Pojawiły się zderzenia I kraksy. Obaj byliśmy szczęśliwi i rozemocjonowani do granic.
Po zabawie uświadomiłem sobie, że dawno się tak radośnie i bezmyślnie nie bawiłem :) Zabawa niezbyt rozwijającą i kreatywna - ot puszczanie autek z wyrzutni i patrzenie, które dalej poleci. Ale emocje jak na zawodach prawdziwych. Doskonale oczyszczające umysł, prawie jak obejrzenie McGyvera ;)
A w dodatku jak buduje tzw męską więź !
środa, 5 lutego 2014
Biały rekin
Czytamy. Przed snem. Codziennie. Jedną z naszych baśni jest skandynawska opowieść o Białym Rekinie - potworze z głębin mórz lodowatych, pokonanym przez dzielną żonę rybaka.
Czasem na bazie lektury organizujemy wieczorną zabawę. Mamy nawet aktorów zabaw - kilka figurek zwierząt, które pojawiają się w różnych książeczkach. Z reguły ja próbuję zrobić teatrzyk, a Junior wypełnia go treścią lekko związaną z czytaną opowieścią :)
Zabawa w białego rekina trochę wymknęła się spod kontroli, i zamiast wieczornego wyciszenia ogarnęło nas wieczorne szaleństwo.
Łóżeczko zmieniło się więc w kuter rybacki, otoczony bezkresem morza podłogi. W morzu pluskały się i w słońcu lśniły rybki, wędki czekały na pokładzie. Nagle rozpętała się straszliwa burza, cud, że łóżeczko wytrzymało ! I nagle w ciemnej kipieli, wśród rozszalałych bałwanów, pojawił się straszliwy On - Biały Rekin.
Potworem była długa poduszka ciążowa, tzw wąż, która do dziś funkcjonuje jako doskonała zabawka.
Wynurzał się na powierzchnię, ryczał przeraźliwie, próbował nas wciągnąć w morską toń. Chowaliśmy się pod pokład, szukaliśmy bosaków i harpunów, walczyliśmy dzielnie. Niestety, potwór wydawał się być niepokonany, widmo zagłady i podróży do Walhalli spojrzało nam w oczy. Gdy wtem Helga, dzielna żona Halvarda, cisnęła w Rekina workiem z czerwonymi krabami (biały balonik) cicho wypowiadając zaklęcie. Potwór został pokonany ! I wszyscy, zmęczeni i szczęśliwi, udali się na zasłużony odpoczynek.
Najwspanialsza, która tym razem jedynie nasłuchiwała odgłosów zabawy z drugiego końca mieszkania, spytała jedynie, czemu Młody mówi do mnie "Ojcze". Przecież tak było w baśni !
wtorek, 7 stycznia 2014
Rodzice mogą odpocząć :)
Nareszcie !!!
Do tej pory nasze żywe srebro trzeba byli bez przerwy pilnować, żeby nie wypadło na pomysł skakania ze stołu, wspinania się na regał, zdejmowania obrazu ze ściany itp. Z jednej strony jego sprawność fizyczna pozwalała przewidzieć nieplanowane odpadnięcie od regału w połowie wspinaczki, z drugiej - stabilność i wytrzymałość mebli i innych sprzętów sugerowała nieprzewidziane wydatki.
W te święta nagle sobie uświadomiłem, że siedzimy sobie przy stole z rodziną i normalnie rozmawiamy, śmiejemy się, a dzieciaki coś tam robią sobie w drugim pokoju. Tylko co jakiś czas ktoś kontrolnie spojrzy, czy nie ma sporu o to, w co się trzeba bawić. Inny świat, zapomniany :) Luksus posiadania względnie dużego dziecka. Rozkoszowałem się tym odkryciem całe święta :) Czyli Jaśko nie jest już dzidzią wymagającą stałego nadzoru. Teraz Jego rodzice muszą się do tego przyzwyczaić, i oswoić z kolejnym etapem samodzielności, odcinania pępowiny :)
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Danusia i Zbyszko
Ciotka Renata podczas świątecznego zjazdu rodzinnego wyjęła dzieciakom z czeluści rezydencji własnej produkcji zestawy rycerskie. Oczywiście zaraz zaczęła się doskonała zabawa. Potomstwo mocno wciągnęła się w role. Jaś nagle zwraca się poważnym rycerskim tonem do Amelki
- Moja najpiękniejsza...
Czekałem tylko, aż oblubienica zarzuci mu na głowę nałęczkę z okrzykiem "Mój Ci on !"
środa, 27 listopada 2013
Piknik
Co jakiś czas w pokoju robimy piknik. Dla pluszowych przyjaciół. Elementem obowiązkowym jest koc (kiedyś musimy przejść na karimatę) i talerzyk z czymś do chrupania. I oczywiście Ice Tea. Taki nawyk. Ostatnio jednak piknik nam się trochę rozrósł. Nie udało mi się Młodego przekonać, że plastikowe talerzyki są równie dobre co papierowe. Za to działając pod presją udało mi się jednak znaleźć papierowe... Nie udało mi się też ograniczyć liczby gości. Ani podać im herbatników zamiast chipsów. Ani namówić ich do jedzenia ze wspólnego talerza. Ten sukces odniosłem w temacie wspólnego kubka. Wszyscy świetnie się bawili i obiecali, że następnym razem też przyjdą...
Najwyrozumialsza chyba ma wyczerpane zasoby wyrozumiałości, bo zadała dwa kluczowe pytania
- czy musieliśmy kruszyć na świeżo wypranym kocu ?
- czy świeżo wyprany koc musi leżeć na podłodze ?
- skąd mamy takie dziwne kubki ?
To ostatnie było do mnie. W końcu dostanę szlaban na Allegro...
niedziela, 3 listopada 2013
Zabawa z Amelką
Bawi się człowieczek z kuzynką odrobinę starszą. Bodajże w lekarza i wypadek. Akurat Amelka była poszkodowana i leżała na podłodze, a Jaś jako ratownik próbował transportować Ją do karetki. Za nogę. Nagle słyszymy jasiowe westchnienie, trochę rozczarowanym tonem
- Ależ ona jest ciężka, w życiu się nie spodziewałem...