Nauczył się grać. Mniej więcej.
Wcześnie. Dumni jesteśmy.
Więc gramy. Jeden raz. Drugi. Piąty. Dziesiąty.
Czasem Jaś przegrywa. Czasem. Niezbyt często. Nie można go zniechęcić. Ostatnio po każdej przegranej chował się pod krzesło.
Tylko my jeszcze nie do końca przywykliśmy do takiego trybu gry. Przełamujemy zachowania automatyczne. Hamujemy w ostatniej chwili długopis nad kartką, by nie zakończyć przedwcześnie gry własną wiktorią. Nie takie to proste, ciągle przeoczać oczywiste ruchy.
Cicho podpowiadamy, mimochodem wskazujemy
- Tutaj postaw kółko, zablokujesz mnie / będziesz miał trzecie w rzędzie / ...
Główkujemy, jakby tu doprowadzić do remisu. Czasem się udaje. To chyba większa sztuka niż zwyciężyć. Albo staramy się tak grać, by wygrał, ale w ostatnim ruchu, po zaciętej walce.
Nie taka to prosta gra...
Ja tak z młodszym bratem grałam. Oj nie było łatwo ;)
OdpowiedzUsuń