Siedzimy sobie w domu, nudzimy się, szukam w głowie pomysłu na zabawę.
Już nie wiem, czy to był pomysł mój czy Jaśka. Łowienie rybek. Nie jestem wędkarzem, ale możemy poudawać rejs kutrem po morzu, i łowienie powiedzmy dorszy. Po drodze może być sztorm, możemy spotkać rekina, opłynąć wyspę lodową... Ileż przygód !
Ale przejdźmy do rzeczy. Dotarliśmy do łowiska, pod nami prawdopodobnie ławica dorszy i śledzi. Z kanapy symulującej kuter widać ich błyszczące grzbiety wśród fal. Rybki wymyślił młody rybak. I podniósł kluczowy problem - skąd weźmiemy wędki ??? Dobrze, że nie chciał sieci rybackiej.
Musiałem szybko zanurzyć się w swoim skarbczyku. Sznurek wojskowy jest, zabezpieczony kawałek drutu jest - więc haczyk i żyłkę mamy ! Udało mi się go przekonać, że Wikingom to wystarczało, nie mieli kija i kołowrotka.
I w najlepsze przez dwie godziny łowiliśmy ryby, smażyliśmy, jedliśmy, łowiliśmy następne. A potem na obiad nie było wyjścia, trzeba było zrobić rybę :)
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
sobota, 15 lutego 2014
Połowy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz