Ja swojemu synu współczuję. Czy on nie może mieć normalnych rodziców, którzy wezmą go z okazji jego święta do kina, wesołego miasteczka, cyrku czy zoo ? Mamcia jeszcze wykazuje skłonności w tym kierunku, wpadnie na pomysł statku, zabytkowego autobusu. A nie, tatko błysnął, dzień dziecka spędziliśmy rodzinnie oglądając czołgi, wyrzutnie rakiet i ciężkie wozy łączności... Nie mógł przepuścić okazji Co ciekawsze, cała rodzina była zadowolona i nieźle się bawiła. Pachnie patologia. Czasem tylko błyśnie mi myśl, co zakiełkuje mu z tego w głowie. W formie poglądów, zainteresowań ? Jednostka aspołeczna i pochrzaniona jak Papcio ?
W samolotach siedział ostatnio, więc już oswojony z wnętrzem, wrażenie mniejsze. Trzeba mu było uatrakcyjnić zwiedzanie, przejść do następnego etapu edukacji. Chyba sam się muszę dokształcać, żeby nie bylo wstydu przy pytaniu gdzie jest kierownica Przecież nie mam pojęcia, do czego służą pokrętła i przełączniki, zwłaszcza w takiej ilości ! A nie będziemy zgłębiać siły nośnej skrzydła. Na to przyjdzie czas Ale na razie - szukam punktu zaczepienia, ciekawostki. Silnik odrzutowy Miga siedemnastego, w dodatku centralnie umieszczony w kadłubie ? Fascynujące, jak to działa , utrzymuje równowagę... Wylot i wlot powietrza ? Pudło. Wieżyczka strzelca w ogonku Iliuszyna ? Nie. Czujniki i lufy obrotowe działek pokładowych sam pomijam na razie. Mam, strzelaczka !!! Przynajmniej wiem gdzie jest spust. Ale junior mnie uprzedził - A czemu tu nie ma kierownicy ??? Jak się kieruje ?
Zażył mnie. Kolejne trudne pytanie , na które ojcu nie wypada nie odpowiedzieć. Męska ambicja. Jeszcze nie widział, że w pasażerskich jest coś na kształt kierownicy, więc drążek między nogami traktuje naturalnie. A ja gorączkowo myślę, jak to działa... Lewo prawo przód tył, proste, w końcu pochodzę z pokolenia joysticka Jakaś rączka jak klamka hamulca rowerowego ? Szczęśliwie nie pyta, cichaczem dowiem się na następny raz. Na górze czerwona podnoszona osłona, pod nią guziczek. To musi być to. Czyżby patent poczciwego joysticka był wzorowany na radzieckiej myśli technicznej sprzed 50 lat ?
Pokazuję dumnie młodemu, opowiadam, tu się strzela, lufa jest pod skrzydłem. Zerkam na chłopaka z obsługi, uśmiecha się porozumiewawczo, pyta czy czegos nie wyjaśnić. Chyba mnie przejrzał. Cóż, pewnie co drugi facet tutaj ma podobne dylematy i głupi wyraz twarzy. Mogę tylko odgrywać rolę dalej. Szybki wysiłek intelektualny, dwa pytania bardziej zaawansowane niż "a co to jest ?". Krótka dyskusja o zakresie polskich podzespołów wersji licencjonowanej i wykorzystaniu w Wietnamie. Chłopak ciut zaskoczony, że coś tam wiem. Junior zerka o czym to gadamy, nic nie kuma na razie. Mam nadzieję, że w czaszce mu świta, że tatko jest mądry i na czymś fajnym się zna Z drugiej strony, przy następnej okazji chwilę pobawię się z nim w latanie.
A junior w międzyczasie z zapałem macha drążkiem, bawi się przełącznikami, odkrywa kolejne pokrętła. Niech się nacieszy, rozumiem go, też drugi raz w życiu widzę z bliska kabinę myśliwca. Wcześniej miałem do czynienia tylko z grą na kompie i lekturą "Opowieści i prawdziwym człowieku"
A z dylematów rodzicielskich zagwozdka: jak wzbudzić w nim zainteresowanie militariami, historią i klimatami powiedzmy męskimi i okołosurvivalowymi bez zabawy w wojnę, przemoc czy przewidywania inwazji Zombie, czyli amerykańskich psychoz ? Pojawia mi się w głowie myśl o przygodzie, harcerstwo, sporty strzeleckie i górskie łazęgi. To za parę lat, zaczniemy od czterech pancernych i leśnych spacerów. Ciekawe, jak junior zweryfikuje te plany....
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
środa, 5 czerwca 2013
wtorek, 4 czerwca 2013
Lunatyk
Przeprowadzka do własnego pokoiku odbyła się raczej bezboleśnie. Ot, czasem przed zaśnięciem spacerujemy w kółko między łóżkiem w sypialni rodziców a łóżeczkiem nie mogąc się zdecydować, gdzie jest fajniej. Ostatecznie prawie zawsze, najpóźniej tuż przed zaśnięciem, układa się człowieczek pod własną kołderką. Wskazane, żebym leżał obok, na podłodze. Twardo jak diabli, ale dla dziecka dużo można poświęcić. W ramach racjonalizacji i wygodnictwa jako warstwę dzielącą mnie od desek używam dlugiej poduchy. Korzyści oczywiste: nie stukam miednicą o podłogę, co budziło malucha. Nie ma odłupań na drewnie i siniaków na mnie.
Pewnego wieczoru przełamał rutynę. Postanowił zasnąć przy mnie na podłodze. Ok, mi nie przeszkadza. Idąc moim śladem , pod tyłek podłożył sobie kilka pluszaków, żeby było miękko, przykrył nas obu kołderką, i ... zasnął. Szok. Trzeba będzie te prawie 20 kg wrzucić do łóżeczka. Chwilę mu dałem na wejście w głęboką fazę snu, żeby przypadkiem nie ocknął się w trakcie przemieszczania. Spokojnie w pierwszej fazie operacji usunąłem misie spod pupy, śpi nadal. Kołderka ułożona czeka na swoim miejscu, śpi. Przystępuje do fazy zasadniczej. Powoli, spokojnie, pod pachy... A ten siada ! Ups, znowu się nie udało. Ale... Zerkam.... Oczy zamknięte. Ręce do przodu, w pozycji zombie, czegos szukają. Zbudzić ? Dzwonić po egzorcystę ? Obserwuję gotów do reakcji , skoku, obrony... Namacał łóżeczko, otwór wejściowy. Oczy szeroko zamknięte Jak sklejone. Lunatyk jeden ! Zaraz się w coś wyrżnie... Rusza przed siebie, podnosi zadek, po omacku, ruchem jakby wyćwiczonym, glowa sunie do przodu, między rękami. Istny zombie, patrzę oniemiały nie mogąc drgnąć. Tułów , nogi, zatrzyma się przed ścianą ? Szybka myśl - powinien spać w hełmie i ochraniaczach. Wyczuł granicę , może ma echolokacje jak nietoperz ? Mam syna wilkołaka ?! Bach na bok, śpi nadal, oka nie uchylił.
Chyba te zdolności odziedziczył po najwspanialszej z żon, która czasem wieczorem podobną metodykę stosuje dokonując migracji z kanapy do łóżka
"Lunatycy otaczają mnie..."
Pewnego wieczoru przełamał rutynę. Postanowił zasnąć przy mnie na podłodze. Ok, mi nie przeszkadza. Idąc moim śladem , pod tyłek podłożył sobie kilka pluszaków, żeby było miękko, przykrył nas obu kołderką, i ... zasnął. Szok. Trzeba będzie te prawie 20 kg wrzucić do łóżeczka. Chwilę mu dałem na wejście w głęboką fazę snu, żeby przypadkiem nie ocknął się w trakcie przemieszczania. Spokojnie w pierwszej fazie operacji usunąłem misie spod pupy, śpi nadal. Kołderka ułożona czeka na swoim miejscu, śpi. Przystępuje do fazy zasadniczej. Powoli, spokojnie, pod pachy... A ten siada ! Ups, znowu się nie udało. Ale... Zerkam.... Oczy zamknięte. Ręce do przodu, w pozycji zombie, czegos szukają. Zbudzić ? Dzwonić po egzorcystę ? Obserwuję gotów do reakcji , skoku, obrony... Namacał łóżeczko, otwór wejściowy. Oczy szeroko zamknięte Jak sklejone. Lunatyk jeden ! Zaraz się w coś wyrżnie... Rusza przed siebie, podnosi zadek, po omacku, ruchem jakby wyćwiczonym, glowa sunie do przodu, między rękami. Istny zombie, patrzę oniemiały nie mogąc drgnąć. Tułów , nogi, zatrzyma się przed ścianą ? Szybka myśl - powinien spać w hełmie i ochraniaczach. Wyczuł granicę , może ma echolokacje jak nietoperz ? Mam syna wilkołaka ?! Bach na bok, śpi nadal, oka nie uchylił.
Chyba te zdolności odziedziczył po najwspanialszej z żon, która czasem wieczorem podobną metodykę stosuje dokonując migracji z kanapy do łóżka
"Lunatycy otaczają mnie..."
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Po bajce
Wtajemniczeni wiedzą, że po Dinopociągu ma swoje 5 minut dr Scott, paleontolog. I kończy pogadankę hasłem "a teraz idźcie na dwór i samodzielnie odkrywajcie przyrodę".
Junior obejrzał, i rzucił
- Tata, słyszałeś co pan paleontolog powiedział ?
- Słyszałem.
- To musimy iść odkrywać na dwór ! Teraz !
A na zewnątrz leje...
Junior obejrzał, i rzucił
- Tata, słyszałeś co pan paleontolog powiedział ?
- Słyszałem.
- To musimy iść odkrywać na dwór ! Teraz !
A na zewnątrz leje...
niedziela, 2 czerwca 2013
Paczka
Dzień dziecka nadchodzi. Babcia przysłała paczkę zaadresowaną do Wnusia. Czyżby z tej okazji ?
Nie ma wyjścia, musimy od razu otworzyć. "Tata, weź swój bardzo ostry nóż i otworzymy teraz !". Spróbuję. Rośnie w przekonaniu, że mężczyzna powinien mieć w kieszeni przynajmniej scyzoryk. Tradycja rodzinna, chociaż z kielecczyzną nie mamy prawie nic wspólnego.
Otwieramy. Hmmm... Odkąd Młody w niepamiętnej przeszłości ruszył samodzielnie przed siebie cyklicznie prowadzimy z rodziną negocjacje dotyczące rozmiaru prezentów dla pociechy. Mamy małe auto,małe mieszkanie, małe dziecko robiące niemały bałagan. Co jakiś czas się zapominają i kolejny kolos trafia do domu Z pudła wyłania się... na szczęście duża nie ogromna wywrotka. I zestaw do piaskownicy. Hmmmm.... "Tata, super , zabawki na placyk zabaw !". Uśmiech nr 2, wielkie oczy. "Pójdziemy z nim zaraz za placyk ?". Za oknem leje. Spodziewam się scen , próby terroru, focha. Delikatnie podejmuje próbę perswazji. Ku mojemu zaskoczeniu zakończoną bezboleśnie łatwym sukcesem. Dojrzał ? Zrozumiał ? Ma dzień dobroci dla rodziców ? Wszystko jedno, ważne że odpuścił.
Dałem się zwieść trochę i rozmarzyłem o spokojnej kawie w fotelu. Za dużo bym chciał... Powinienem docenić że nie muszę moknąć ! Dać takiemu palec...
W miarę postępu sytuacji otwieram coraz szerzej ze zdumienia oczy. Wchodzi do szafy. Stuka puka szura. Wyłania się po chwili, klocki pod pachą. Zwykłe , drewniane. Co zamierza ? Wsypuje do wywrotki roboczo zwanej TIRem. Wozi na trzy tury do pokoju. "Tata, to będzie taki nanibowy piasek i tak się pobawimy wiaderkiem".
Koncepcja z półki zaawansowanej abstrakcji i wyobraźni. Serce rośnie, duma ojcowska połechtana. Kawa wystygła. Najbliższą godzinę robimy babki z klocków, wiaderkem, foremkami, łopatką. Tylko nie przelatują przez sito. I z koneweczki nie chcą wypłynąć. Nie rozumiem dlaczego...
Nie ma wyjścia, musimy od razu otworzyć. "Tata, weź swój bardzo ostry nóż i otworzymy teraz !". Spróbuję. Rośnie w przekonaniu, że mężczyzna powinien mieć w kieszeni przynajmniej scyzoryk. Tradycja rodzinna, chociaż z kielecczyzną nie mamy prawie nic wspólnego.
Otwieramy. Hmmm... Odkąd Młody w niepamiętnej przeszłości ruszył samodzielnie przed siebie cyklicznie prowadzimy z rodziną negocjacje dotyczące rozmiaru prezentów dla pociechy. Mamy małe auto,małe mieszkanie, małe dziecko robiące niemały bałagan. Co jakiś czas się zapominają i kolejny kolos trafia do domu Z pudła wyłania się... na szczęście duża nie ogromna wywrotka. I zestaw do piaskownicy. Hmmmm.... "Tata, super , zabawki na placyk zabaw !". Uśmiech nr 2, wielkie oczy. "Pójdziemy z nim zaraz za placyk ?". Za oknem leje. Spodziewam się scen , próby terroru, focha. Delikatnie podejmuje próbę perswazji. Ku mojemu zaskoczeniu zakończoną bezboleśnie łatwym sukcesem. Dojrzał ? Zrozumiał ? Ma dzień dobroci dla rodziców ? Wszystko jedno, ważne że odpuścił.
Dałem się zwieść trochę i rozmarzyłem o spokojnej kawie w fotelu. Za dużo bym chciał... Powinienem docenić że nie muszę moknąć ! Dać takiemu palec...
W miarę postępu sytuacji otwieram coraz szerzej ze zdumienia oczy. Wchodzi do szafy. Stuka puka szura. Wyłania się po chwili, klocki pod pachą. Zwykłe , drewniane. Co zamierza ? Wsypuje do wywrotki roboczo zwanej TIRem. Wozi na trzy tury do pokoju. "Tata, to będzie taki nanibowy piasek i tak się pobawimy wiaderkiem".
Koncepcja z półki zaawansowanej abstrakcji i wyobraźni. Serce rośnie, duma ojcowska połechtana. Kawa wystygła. Najbliższą godzinę robimy babki z klocków, wiaderkem, foremkami, łopatką. Tylko nie przelatują przez sito. I z koneweczki nie chcą wypłynąć. Nie rozumiem dlaczego...
sobota, 1 czerwca 2013
Po wycieczce
Wracaliśmy sobie tramwajem po dłuższej wyprawie "w miasto". Zadowoleni, rozemocjonowani, zmęczeni. Nagle widzę, coś u Jaśka mina nietęga, rączka na brzuszku, instynktownie wchodzę w stan podwyższonej gotowości. Odruch Pawłowa.
- Chcesz siusiu ? - pierwsza myśl
- Nie... - markotne trochę
- Brzuszek Cię boli ? - może lody zaszkodziły, może zjadł jakiegoś robaczka cichaczem, lub sprawdzał smak smaru czołgowego, niepokój rośnie. Szybka analiza sytuacji, szpital dziecięcy niedaleko. Taksówka czy pod pachę go brać ? Dokumenty później doniosę. Ale kolory na twarzy normalne, żadnych dźwięków z jamy brzusznej nie wydobywa..
- Nie....
- Źle się czujesz ? Coś Ci jest ? - na szczęście trzylatek cechuje się już podwyższoną komunikatywnością
- Jestem bardzo głodny.
Ufff.. Jednak wyrywa mi się odruchowe
- Wytrzymasz do domku ?
Jak przy haśle "siusiu". Pies Pawłowa, procedury działają
Cóż, poczułem się jak stereotypowy ojciec, co to wziął dziecko na wycieczkę bez niezbędnego wyposażenia: picia, prowiantu, pieluszek, środków opatrunkowych i czapeczki. Najwyżej jak będzie za gorąco wstąpią na piwo
Doszliśmy, dzielnie się trzymał, jeszcze w butach wchłonął dwa batony i trzy suchary. A potem co trzy minuty pytał czy rybka jest już gotowa. Czemu ona tak długo się piecze, nawet w 250 stopniach ?
- Chcesz siusiu ? - pierwsza myśl
- Nie... - markotne trochę
- Brzuszek Cię boli ? - może lody zaszkodziły, może zjadł jakiegoś robaczka cichaczem, lub sprawdzał smak smaru czołgowego, niepokój rośnie. Szybka analiza sytuacji, szpital dziecięcy niedaleko. Taksówka czy pod pachę go brać ? Dokumenty później doniosę. Ale kolory na twarzy normalne, żadnych dźwięków z jamy brzusznej nie wydobywa..
- Nie....
- Źle się czujesz ? Coś Ci jest ? - na szczęście trzylatek cechuje się już podwyższoną komunikatywnością
- Jestem bardzo głodny.
Ufff.. Jednak wyrywa mi się odruchowe
- Wytrzymasz do domku ?
Jak przy haśle "siusiu". Pies Pawłowa, procedury działają
Cóż, poczułem się jak stereotypowy ojciec, co to wziął dziecko na wycieczkę bez niezbędnego wyposażenia: picia, prowiantu, pieluszek, środków opatrunkowych i czapeczki. Najwyżej jak będzie za gorąco wstąpią na piwo
Doszliśmy, dzielnie się trzymał, jeszcze w butach wchłonął dwa batony i trzy suchary. A potem co trzy minuty pytał czy rybka jest już gotowa. Czemu ona tak długo się piecze, nawet w 250 stopniach ?
piątek, 31 maja 2013
W czołgu
Właściwie to powinniśmy już wracać do domu, Młody też wykazywał takie ciągoty. Ale coś mnie podkusiło, rzuciłem od niechcenia
- Pamiętasz jak oglądaliśmy samoloty ?
Jakiś miesiąc wcześniej zadreptaliśmy do muzeum wojska i udało nam się posiedzieć w Su22, transportowym Antku i helikopterze szturmowym. Dzisiaj podobno wpuszczają do czołgów, ale nic mu nie wspominam o tym. Strzeżonego... Reakcja natychmiastowa
- Tatuś, idziemy. Będziemy mogli wejść do samolotu ?
Zobaczymy, dreptamy, doszliśmy. Jest dobrze, pojazdy udostępnione. Ogarnia mnie drobna wątpliwość, czy bez wsparcia uda nam się wleźć do nich, ale przecież "na zamiary mierz swe siły"
Co tam mamy na horyzoncie ? Działo samobieżne. Drabina. Damy radę , jeśli go dogonię. Jesteśmy w środku, dostał hełmofon. Ciut za duży, ale i tak mu do twarzy. Dopadł stanowisko chyba celowniczego, kręci z zapałem , ciekawe co obrał za cel ?
- Tata , a gdzie jest strzelaczka ?
Więc, trochę zaszpanuję wiedzą Unoszę go ku lufie, w mordę , nie wiedziałem, że je gwintowali Tłumaczę mu gdzie się wsuwało pocisk, jak strzelało. E tam , fajniejszy jest widok w niebo przez lufę.
- To jak peryskop !
Skąd on zna takie urządzenia ? Przedszkole nie jest o profilu wojskowym...
Na horyzoncie pojawił się prawdziwy T-55. Z opcją wejścia do środka. Okazjanie nie do zmarnowania ! Zagrały mi ambicje i kompleksy, w wojsku nie byłem. Pod pozorem frajdy dla dziecka spełnię marzenia Aż mu zazdroszczę możliwości w tym wieku i pomysłowego tatki Pędzimy, kolejki nie ma, można spełnić sny o byciu Jankiem i Gustlikiem. Wspinamy się na osłonę silnika, dostajemy OBAJ hełmofony. Właz dowódcy otwarty, nieśmiało zaglądam do środka. Ciasno. Plan: spuścić Jasia w dół, namówić go na przesunięcie się, zanurzyć się w pojazd. Niby proste, ale na stanowisku dowódcy jest gąszcz zegarów i przełączników. Fascynujących dla trzylatka. Ryzykujemy. Ja ryzykuję. Pod pachy jego i w dół. Stoi. Rusza ku siedzisku mechanika, w nieznane. Znika mi z oczu, test zaufania. Ruchem podpatrzonym w filmie o Szariku, co to wygrał wojnę, spuszczam się w dół. Właśnie zrozumiałem rolę hełmofonu, gdy trzepnąłem głową o jakąś blachę. Dobrze, że młodemu się ta czapka podoba. Zrozumiałem też, czemu czołgista powinien być niski... Coś wąsko. Miejsce kierowcy nieciekawie, zalecam młodocianemu rekrutowi przejście na stanowisko pod prawą wieżyczką. Strzelca. Chyba. Utknął. Dał radę się wycofać. Razem nie posiedzimy, jakby go tam wrzucić ? Dwie cholerne blachy blokują przejście, o dziwo nie mam w kieszeni brzeszczota. Dobra, robimy widlaka, jakoś go tam wrzuciłem. Zabawa na 102, robimy brum brum i bach trach, kręcimy czym się da z wypiekami na twarzy. Stukanie w pancerz. Desant ? Odłamkowym !!! Nie, to następni chętni, zasiedzieliśmy się Jak stąd wyjść ? Kombinujemy. Schyl główkę, trzymaj się, nogi do góry, tnij przewód od hełmofonu, w górę, trzymaj się ! Mógłby Pan go wciągnąć ?! Dobra, czekaj, teraz ja. Jak tu się obrócić ? Ewakuacja spod pancerza nie jest prosta... Ok, wyszliśmy. Zbiórka i raport stanu załogi. Otarcie na czole, krwi brak. Rdzawa plama na spodniach. Smar na drugich. Trzeba przemycić do kosza na pranie, wywinąć na lewą stronę, może się spierze i najpiękniejsza nie zauważy ? Straty być muszą.
Patrzę na młodego. Widzę po oczach, że poziom emocji zbliżony do mojego.
Najpiękniejsza wraca jak już doprowadziliśmy się do ładu. Kaset w progu informuje Ją
- Za tydzień idziemy jeździć BTRem !
- Pamiętasz jak oglądaliśmy samoloty ?
Jakiś miesiąc wcześniej zadreptaliśmy do muzeum wojska i udało nam się posiedzieć w Su22, transportowym Antku i helikopterze szturmowym. Dzisiaj podobno wpuszczają do czołgów, ale nic mu nie wspominam o tym. Strzeżonego... Reakcja natychmiastowa
- Tatuś, idziemy. Będziemy mogli wejść do samolotu ?
Zobaczymy, dreptamy, doszliśmy. Jest dobrze, pojazdy udostępnione. Ogarnia mnie drobna wątpliwość, czy bez wsparcia uda nam się wleźć do nich, ale przecież "na zamiary mierz swe siły"
Co tam mamy na horyzoncie ? Działo samobieżne. Drabina. Damy radę , jeśli go dogonię. Jesteśmy w środku, dostał hełmofon. Ciut za duży, ale i tak mu do twarzy. Dopadł stanowisko chyba celowniczego, kręci z zapałem , ciekawe co obrał za cel ?
- Tata , a gdzie jest strzelaczka ?
Więc, trochę zaszpanuję wiedzą Unoszę go ku lufie, w mordę , nie wiedziałem, że je gwintowali Tłumaczę mu gdzie się wsuwało pocisk, jak strzelało. E tam , fajniejszy jest widok w niebo przez lufę.
- To jak peryskop !
Skąd on zna takie urządzenia ? Przedszkole nie jest o profilu wojskowym...
Na horyzoncie pojawił się prawdziwy T-55. Z opcją wejścia do środka. Okazjanie nie do zmarnowania ! Zagrały mi ambicje i kompleksy, w wojsku nie byłem. Pod pozorem frajdy dla dziecka spełnię marzenia Aż mu zazdroszczę możliwości w tym wieku i pomysłowego tatki Pędzimy, kolejki nie ma, można spełnić sny o byciu Jankiem i Gustlikiem. Wspinamy się na osłonę silnika, dostajemy OBAJ hełmofony. Właz dowódcy otwarty, nieśmiało zaglądam do środka. Ciasno. Plan: spuścić Jasia w dół, namówić go na przesunięcie się, zanurzyć się w pojazd. Niby proste, ale na stanowisku dowódcy jest gąszcz zegarów i przełączników. Fascynujących dla trzylatka. Ryzykujemy. Ja ryzykuję. Pod pachy jego i w dół. Stoi. Rusza ku siedzisku mechanika, w nieznane. Znika mi z oczu, test zaufania. Ruchem podpatrzonym w filmie o Szariku, co to wygrał wojnę, spuszczam się w dół. Właśnie zrozumiałem rolę hełmofonu, gdy trzepnąłem głową o jakąś blachę. Dobrze, że młodemu się ta czapka podoba. Zrozumiałem też, czemu czołgista powinien być niski... Coś wąsko. Miejsce kierowcy nieciekawie, zalecam młodocianemu rekrutowi przejście na stanowisko pod prawą wieżyczką. Strzelca. Chyba. Utknął. Dał radę się wycofać. Razem nie posiedzimy, jakby go tam wrzucić ? Dwie cholerne blachy blokują przejście, o dziwo nie mam w kieszeni brzeszczota. Dobra, robimy widlaka, jakoś go tam wrzuciłem. Zabawa na 102, robimy brum brum i bach trach, kręcimy czym się da z wypiekami na twarzy. Stukanie w pancerz. Desant ? Odłamkowym !!! Nie, to następni chętni, zasiedzieliśmy się Jak stąd wyjść ? Kombinujemy. Schyl główkę, trzymaj się, nogi do góry, tnij przewód od hełmofonu, w górę, trzymaj się ! Mógłby Pan go wciągnąć ?! Dobra, czekaj, teraz ja. Jak tu się obrócić ? Ewakuacja spod pancerza nie jest prosta... Ok, wyszliśmy. Zbiórka i raport stanu załogi. Otarcie na czole, krwi brak. Rdzawa plama na spodniach. Smar na drugich. Trzeba przemycić do kosza na pranie, wywinąć na lewą stronę, może się spierze i najpiękniejsza nie zauważy ? Straty być muszą.
Patrzę na młodego. Widzę po oczach, że poziom emocji zbliżony do mojego.
Najpiękniejsza wraca jak już doprowadziliśmy się do ładu. Kaset w progu informuje Ją
- Za tydzień idziemy jeździć BTRem !
czwartek, 30 maja 2013
Żółty krążek
Spacerujemy sobie deptakiem. Coś się zapowiada. Zwiększona obecność policji na rozdrożach zapowiada jakiś przemarsz. Demonstracja sprzeciwu, manifestacja poparcia, marsz coś promujący czy po prostu rozrywkowy ? Chyba zaraz zobaczymy. Ok, marsz dla życia, czyli rodziny z dziećmi, spokojnie, trochę hałasu. Niech sobie idą, dreptają w przeciwna stronę, więc tym bardziej nam nie po drodze. Co jakiś czas harcerki chyba dają ulotki i proponują nam dołączenie do grupy. Ot, familijny wyraz twarzy chyba mamy, jednak z głupim uśmiechem preferujemy spacer naszą odrębną ścieżką.
Wtem słyszę z dołu
- Czy mogę mieć krążek ?
Dobrze identyfikuje, głos dochodzi z okolicy trzymanej przeze mnie rączki. Ale o co chodzi ?
- Jaki krążek ?
- Żółty !
Chwila ciszy . Dostrzega, że nie czaję.
- Z oczkami i buźką.
Uzupełnia. Rozglądam się uważnie spojrzeniem tropiciela bizonów. Chyba mam. Wielodzietni i im podobni z marszu niosą żółte okrągłe buźki. Ok, może uda się zorganizować. Więc tropię. Rozdawaczy buziek nie widać. Dopadamy harcerkę z ulotkami, pytanie z zaskoczenia "Gdzie ?". Zeznała, że chyba w namiocie w miejscu wymarszu. Kawałek drogi jest , idziemy żwawo, dopadamy śmiesznego pana w marynarce stylizowanej na marynarską i białym słomkowym kapeluszu. Zwija namiot. Przyparty do muru zeznał, że pojechały na wozie z marszem i na pewno będą na pikniku w parku. Trochę nam nie po drodze. Chętnie bym zrezygnował, ale synuś nie opuszcza. Ma rację, trzeba być wytrwałym. Odpuścić w środku polowania, na tropie ? Nigdy. To to chwila przelotnej słabości. Więc ruszamy w pogoń za marszem. Po chwili dogoniliśmy. Rzut oka na auto - nie widać. Mam plan. Wypatrujemy ofiary. Przyzwoitość hamuje nas przed atakiem na rodzinę z dziećmi... Jest, cel namierzony. Starsza samotna pani z krążkiem w ręce. Narada taktyczna. Kto przypuści szturm ?
- Tata, a może Ty ?
Dobra, pokażę mu, jak to się załatwia. Pokazówka. Mały towarzyszy jako wzmocnienie siły rażenia i ubezpieczenie. Krótka wymiana zdań, mały jako argument koronny użył uśmiech nr 3. Zmiękczona staruszka z radością spełniła dobry uczynek,manipulacja udana, krążek zdobyty. Pełen sukces w granicach prawa, polowanie udane, zdobycz dźwigamy do domu
Trochę mi głupio iść przez miasto z krążkiem z napisem Marsz dla życia, ale tam. Radość dziecka - bezcenna
Wtem słyszę z dołu
- Czy mogę mieć krążek ?
Dobrze identyfikuje, głos dochodzi z okolicy trzymanej przeze mnie rączki. Ale o co chodzi ?
- Jaki krążek ?
- Żółty !
Chwila ciszy . Dostrzega, że nie czaję.
- Z oczkami i buźką.
Uzupełnia. Rozglądam się uważnie spojrzeniem tropiciela bizonów. Chyba mam. Wielodzietni i im podobni z marszu niosą żółte okrągłe buźki. Ok, może uda się zorganizować. Więc tropię. Rozdawaczy buziek nie widać. Dopadamy harcerkę z ulotkami, pytanie z zaskoczenia "Gdzie ?". Zeznała, że chyba w namiocie w miejscu wymarszu. Kawałek drogi jest , idziemy żwawo, dopadamy śmiesznego pana w marynarce stylizowanej na marynarską i białym słomkowym kapeluszu. Zwija namiot. Przyparty do muru zeznał, że pojechały na wozie z marszem i na pewno będą na pikniku w parku. Trochę nam nie po drodze. Chętnie bym zrezygnował, ale synuś nie opuszcza. Ma rację, trzeba być wytrwałym. Odpuścić w środku polowania, na tropie ? Nigdy. To to chwila przelotnej słabości. Więc ruszamy w pogoń za marszem. Po chwili dogoniliśmy. Rzut oka na auto - nie widać. Mam plan. Wypatrujemy ofiary. Przyzwoitość hamuje nas przed atakiem na rodzinę z dziećmi... Jest, cel namierzony. Starsza samotna pani z krążkiem w ręce. Narada taktyczna. Kto przypuści szturm ?
- Tata, a może Ty ?
Dobra, pokażę mu, jak to się załatwia. Pokazówka. Mały towarzyszy jako wzmocnienie siły rażenia i ubezpieczenie. Krótka wymiana zdań, mały jako argument koronny użył uśmiech nr 3. Zmiękczona staruszka z radością spełniła dobry uczynek,manipulacja udana, krążek zdobyty. Pełen sukces w granicach prawa, polowanie udane, zdobycz dźwigamy do domu
Trochę mi głupio iść przez miasto z krążkiem z napisem Marsz dla życia, ale tam. Radość dziecka - bezcenna
Subskrybuj:
Posty (Atom)

