sobota, 1 czerwca 2013

Po wycieczce

Wracaliśmy sobie tramwajem po dłuższej wyprawie "w miasto". Zadowoleni, rozemocjonowani, zmęczeni. Nagle widzę, coś u Jaśka mina nietęga, rączka na brzuszku, instynktownie wchodzę w stan podwyższonej gotowości. Odruch Pawłowa.
- Chcesz siusiu ? - pierwsza myśl
- Nie... - markotne trochę
- Brzuszek Cię boli ? - może lody zaszkodziły, może zjadł jakiegoś robaczka cichaczem, lub sprawdzał smak smaru czołgowego, niepokój rośnie. Szybka analiza sytuacji, szpital dziecięcy niedaleko. Taksówka czy pod pachę go brać ? Dokumenty później doniosę. Ale kolory na twarzy normalne, żadnych dźwięków z jamy brzusznej nie wydobywa..
- Nie....
- Źle się czujesz ? Coś Ci jest ? - na szczęście trzylatek cechuje się już podwyższoną komunikatywnością
- Jestem bardzo głodny.
Ufff.. Jednak wyrywa mi się odruchowe
- Wytrzymasz do domku ?
Jak przy haśle "siusiu". Pies Pawłowa, procedury działają 

Cóż, poczułem się jak stereotypowy ojciec, co to wziął dziecko na wycieczkę bez niezbędnego wyposażenia: picia, prowiantu, pieluszek, środków opatrunkowych i czapeczki. Najwyżej jak będzie za gorąco wstąpią na piwo 

Doszliśmy, dzielnie się trzymał, jeszcze w butach wchłonął dwa batony i trzy suchary. A potem co trzy minuty pytał czy rybka jest już gotowa. Czemu ona tak długo się piecze, nawet w 250 stopniach ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz