środa, 24 października 2012

Parasol

Któregoś dnia...
Jesień, rano było sympatyczne słońce, wychodząc z pracy rzuciłem kontrolnie okiem za okno. Cóż, leje, trudno. Mam w szafie awaryjny parasol. Wychodzę, rozkładam.... Hmmm..... Jakiś taki zużyty. Połowa zwisa bezwładnie, dwa pręty sterczą w niebo, przez dziurki kapie. Młody rano nie wziął kaloszy i pelerynki ze smokiem. Chyba czas zainwestować w nowy sprzęt przeciwdeszczowy. Rossmann po drodze, kupię dwuosobowy. Stary po drodze trafił do kosza. I to był błąd...
"Tata, masz parasol, tu super !".
Jak zwykle blysnalem pomysłem, żeby Młodego przekonać do nie wychodzenia spod parasola.
"Pomożesz mi nieść parasol ?"
Wydawało mi się, naiwnemu, że damy radę. Rączka trochę w dół, On trzyma za dół, ja gdzieś wyżej, parasol tuż nad moją głową, i do domu. Za dużo bym chciał...
Czasza powoli zaczyna uciskać mnie w głowę, parasol dyskretnie idzie w dół. Może rączka za krótka ? Schylam się trochę. Zgięty wpół dreptam.
"Tata, niżej, nie mogę zmoknąć !"
Próbuje iść w kucki... Nie da rady, już nie te lata. Z tyłu przedszkolanka się śmieje 
Dobra, z cukru nie jestem, poddaje się. Jasiek dzielnie i dumnie maszeruje trzymając własny parasol. Ręki mi nie da, musi w dwóch trzymać, parasol duży i ciężki chwieje się. Chwytam za antenke parasola i idziemy, dyskretnie nadaję kopule właściwy kierunek.
Po co ja wyrzuciłem ten stary ?!

Ludzie spoglądają zaciekawieni. Czy oni nie mieli małych dzieci ?

Docieramy do domu. Jestem mokry do pasa. Od góry. Junior od dołu. Zapomniałem o kałużach 

wtorek, 23 października 2012

Wracamy z przedszkola...

Droga z przedszkola nie jest usłana różami...

Bywam zmęczony po pracy. Czasem jestem pod krawatem. Strój ten nie sprzyja atmosferze placu zabaw i bieganiu. Muszę sobie sprawić plecak zamiast teczki. Albo chociaż pasek na ramię odnaleźć w szafie 
Wybiega z sali. Szybki buziak. Kiedyś się wtulał stęskniony. Znaczy, w przedszkolu jest fajnie. Za nim na rękach pani wybiega pluszowa owieczka. Ok, mamy komplet.
Chodzić nadal nie umie. Galopuje do szatni. Przynosi buty. Wraca po kurtkę. Potem po czapkę. Szalik. Bluzę. ...
Jeszcze nie wkłada butów, przypomniał sobie, że chce się napić. Niepokojące, pęcherz ma ograniczoną pojemność, do domu kawałek mamy. Ubikacja. Ok, o pęcherz przestajemy się martwić. Możemy się ubrać. Owieczka w zależności od nastroju, wędruje do teczki (preferuję tą opcję) lub prowadzimy ja za łapki (kończy się to tak, że ja ją prowadzę).
Ogłoszenie prosi o trzymanie dzieci za rękę. Poręcz zbytnio kusi. Wyszliśmy, kolejny raz musi mi pokazać gdzie jest ogródek . Szczęśliwie jest po drodze do wyjścia. Ulica. Zazwyczaj przed nim jest zaparkowane stare duże Volvo. I nowe duże. Nie wiem jak, ale rozpozna każde, niezależnie od znaczka. Wrodzone zamiłowanie do kantów...
Szybko mi przekazuje nową piosenkę, taniec itp. Chwilowo za rękę.
Przejście dla pieszych, guziczek typu "Tu Krysia Tuchałowa, zielone poproszę". Musi nacisnąć. Jakimś szóstym zmysłem rozpozna, że już, jest wciśnięty, wówczas musimy poczekać na następny cykl. Jest zielone, ręka, biegniemy, żeby zdążyć. Inaczej, będzie foch. Udało się, zwycięstwo, rekord pobity.
Szybka analiza warunków atmosferycznych. Ciepło, czyli można zaliczyć sklepik. Znika w labiryncie regałów, wraca, Kubuś Play w ręce. Musi zapłacić, daje mu monety. Broń Boże odliczone, musi dostać resztę. I paragonik. Czasem pozwoli mi schować te skarby do kieszeni. Jak zebrane kamienie, które cichaczem wyrzucam.
Drugie przejście dla pieszych, budka telefoniczna, zamówienie muszkaty, próba wtargnięcia do sklepu mięsnego, podwórze... Tym razem znowu nie ma śmieciarki.
Za to można pogonić gołąbki. 
Chodnik się rozwidla, pośrodku trawnik, każdy idzie z innej strony, wyścig kto pierwszy w miejscu, gdzie chodniki otaczające trawnik się spotykają. Zwycięzca nie hamuje, leci do tunelu czasu. W dół schody, zjazd dla wózków. Jakim cudem nie rozbił tam jeszcze nosa ?
Teraz mamy dwie drogi. Jedna wiedzie po zdemolowanych schodach na górkę osiedlową. Zaprawa przed górskimi łazęgami ? Mam cichą nadzieję, że będą z niego ludzie. Szaleńczy bieg na dół. Aż się boję śnieżnej zimy. Druga wzdłuż ogrodzenia. Gdzież on się nauczył chodzić po podmurówce trzymając za płot ? Praski łobuz rośnie 
Plac zabaw. Wiadomo. Nie liczę już na chwilę wytchnienia. Propozycja nie do odrzucenia "Ide na zjeżdżalnię. Ty też". Chudy jestem, mieszczę się. Przy okazji pobiegam po drabinkach, frajda ogromna, sam się czuję jak przedszkolak 
Co dalej ? Kilka wspólnych okrążeń przy słupach z koszami do koszykówki. Sklepik, wybieranie bułek, dyskusja nad lodami, kończymy na truskawkowym misiu. oczywiście wbiega za ladę próbując dopaść kasę fiskalną. Sklepik zaprzyjazniony, chłopaki już mu proponowały zwiedzanie dostawczaka w środku. Wredni, przecież wyszedłby najwcześniej za godzinę.
Ostatnia prosta, marsz po krawężniku, dotarliśmy. 
Nie jest źle. Jakim cudem żona rano dociera z nim do przedszkola w 15 minut ???

poniedziałek, 22 października 2012

Zyrafka

Rutyna. Zasypiamy Tzn. cowieczorna próba sił. Walka o sen, walka ze snem. Moment, gdy już się wyłączam, mróżę oczy i oczekuje na upragniony odgłos miarowego pochrapywania. Ostatni etap. Nagle - coś piszczy. Głośno, często. Uchylam oko. Cholera, znalazł oręż. Pomocnika. Substytut koguta. Wszystko od nowa. Nieee...

Dawno temu, gdy potworek był jeszcze ruchliwym becikiem.... W czasach pięknych, gdy uwielbiał prowadzić długie dysputy z czerwoną kanapą.. W epoce, gdy mieścił mi się na kolanach od głowy do stopek... Dostał piszczącą gumowa żyrafę Gizelkę. Taka, jaką dostają wszystkie francuskie kwilące beciki.
Podrósł, zaczął ją dusić za szyję. Zorientował się, że pocieszne piszczy. Zdziwienie szybko stało się doskonała zabawą.
Zaczęły rosnąć kły, ostre szpileczki. Kopyta długiej powędrowały do buzi. Mieściły się wszystkie cztery naraz. Cóż. Zwierz musiał skończyć jako inwalida z amputowanymi kończynami lub denat bez głowy, na wzór skazańców z katowskiego pieńka.
O dziwo, przeżyła. Twarda sztuka.
Miała dostać nakaz eksmisji do zakątka pamiątek. Znowu ocalała z burz przesiedleń. Leżała sobie spokojnie na dnie koszyka pluszaków. Zapomniana.

Tak, znalazła się. I weszła sprawnie w rolę instrumenty. Odtwarza jakaś szalona melodię. A może to nowa kompozycja, improwizacja ? Czy nie mogła się znaleźć 3 godziny wcześniej ?

Przypływ radości, entuzjazmu, godzinka się jeszcze zeszła. Znowu nici z prasowania. Jak widać, wszystko ma swoje dobre strony 

piątek, 19 października 2012

Wracamy sobie z przedszkola.Robimy wszystko, aby nie wpaść w rutynę. Dzisiaj zapalnikiem zmian okazała się teczka, z która chodzę do pracy. Zwykle nie wzbudza cienia zainteresowania. Oczywiście z wyjątkiem chwil gdy podpatrzy, że w środku jest coś bardzo ciekawego. A ciekawe może być wszystko. To jednak nie jest ten przypadek. A zaczęło się rutynowo.
- Michu, weźmiesz mnie na barana ?
- Nie mogę, mam ciężką teczkę.
- A pokaż co w niej masz...
Cóż, tego zrobić nie chciałem. Poranna kurtka, rękawiczki z misiem, które zaraz chciałby włożyć. Ciepło się zrobiło. Lekarstwa grypowe i nożyk też mogły wzbudzić zachwyt.
- Teraz nie możemy, może w domku.
Nieoczekiwanie...
- Dobrze. To Ci ja poniosę.
- Ale jest bardzo ciężka.
- Dam radę.
Wiara we własne siły nie jest niczym złym. Niech spróbuje.
- Michu, to ponieś mi to.
Musi mieć wolne ręce. Więc przekazuje mi kilka żółtych liści, dwa kamienie, pieniążek, piórko. Czekam aż wyjmie spinacze biurowe ogryzek i proce, ale to jeszcze nie ten etap. Kiedyś nadejdzie. Kiedyś trzeba mu będzie zrobić szkatułkę na te skarby. Na razie zadowala się podnoszeniem, dawaniem ich mi, i bezszelestnie wtrącają na łono natury. Konspiracja pełna. Rozkoszuje się tym przelotnym stanem, spokój ducha burzą pytania coraz częstsze w domu "gdzie moje piórko/paragonik/...". Liście już muszą dotrzeć do domu, to przecież bukiecik dla mamusi.
Bierze teczkę, trochę ciężka, chwyta w dwie ręce. Jakaś kobieta przechodzi obok, uśmiecha się ze zrozumieniem, pewnie ma podobnego stwora w domu.
Młody sapie, przechodzi kilka kroków.
- Tata, zmęczyłem się. Muszę odpocząć. Usiądę tu, na ziemi.
Szczęśliwie nie było kałuży ani psiej kupy. Klap na ziemię. Kobieta się odwróciła, widać, że ledwo się wstrzymuje by nie parsknąć śmiechem. Śmiech to zdrowie, przeciwdziała zmarszczkom. Daliśmy światu trochę radości.
Ja wiem, że muszę chwilę poczekać. Stoję nad synem jak to cielę, niech posiedzi. Najwyżej jakaś babinka się rozczuli, że wilka złapie od zimnej ziemi. Nic mu nie będzie.
- Już odpocząłem, możemy iść dalej.
To idziemy, wszystko wraca na utarte tory, teczkę dzielnie dźwigam sam, skarby dziecięce po jednym wędrują na trawniki i przydrożnych śmietników, on szuka kolejnej atrakcji. Kiedyś dojdziemy do tego domu, w planie jeszcze zakupy i plac zabaw...

czwartek, 18 października 2012

Śmieciarka

Niesamowity zachwyt w potomku wzbudzają duże pojazdy. Okrzyk radości i entuzjazmu zawsze rozbrzmiewa na widok śmieciarki. Zaraz na drugim miejscu plasuje się w hierarchii betoniarka. Potem różne żółte maszyny zbiorczo nazywane koparkami. Przeznaczenia niektórych z nich sam nie znam.
Może by tak zmienić samochód ?
Zawsze w przypadku dyskusji nad kierunkiem marszu mam argument "tam może spotkamy śmieciarke". Niestety, słowo "może" jest jeszcze niezrozumiałe. Wygrana okazuje się połowiczna. Idziemy wprawdzie w pożądanym kierunku, ale nadzieja przeradza się w bek zatytułowany "Gdzie jest smieciara ?!".

Raz w drodze z przedszkola mieliśmy fuksa niesamowitego. Przechodzimy podwórzem zapuszczonym, a tu zajeżdża wymarzona, ogromna śmieciara. Pod wiatą kubłow stało pięć. Myślę sobie, obejrzymy jeden, sam jestem ciekawy, jak to się odbywa, pójdziemy dalej. Cóż... Pasja jest silniejsza od tatowych próśb.
Więc stoimy z boku bezczelnie się gapiąc. Panowie z załogi jakoś dziwnie na nas zerkają. Może im głupio szukać skarbów pod naszym okiem, może podejrzewają kontrolę ? Idą po pierwszy kosz, prowadzą go, zaczepiają do stalowego potwora. Kosz wędruje w górę, synowi oczy błyszczą z zachwytu. Otwiera buzię, gdy śmieci znikają w czeluści pojazdu. Przyznam, że ciekawie to działa, a samemu głupio byłoby się tak przyglądać. "Idziemy dalej ?". Głupie pytanie, odpowiedź była oczywista. Śmieciara na naszych oczach pożarła zawartość wszystkich kubłów.
"A czemu śmieciara już pojechała ?". Wtajemniczylem go trochę w geografię kubłów w dzielnicy, obiecując, że kiedyś do nas wróci.
Za rogiem, ta sama śmieciara. Stoi, panowie poszli w podwórze po kubły. Musieliśmy poczekać, aż wrócą. Zaczęli się do nas nieśmiało uśmiechać. Chyba poczuli się docenieni. W końcu to dość niewdzięczny fach...
Uff, pojechała. Młody całe popołudnie zdawał mamusi relację z poznawania tajemnic życia wielkiego miasta.

środa, 17 października 2012

Mam nadzieję kiedyś zrozumieć syna. Może mi kiedyś wyjaśni znaczenie pewnych słów.
Spacerował kiedyś po mieszkaniu, zaglądając w różne zakamarki, wyraźnie szukając czegoś, pokrzykując "Lutolut ! dzie jeteś ?!". On dawno zapomniał, my nadal nie wiemy, kim była ta postać, stwór.
Mitomita rozszyfrowalismy przypadkiem. W parku. Krzyczał radośnie "Mitomit" wodząc oczami za motylem. Przecież to było oczywiste.
Misiomiś okazał się banalnym Mercedesem. Swoją drogą, człowieczek ma aspiracje...

Uwielbia budki telefoniczne. W XXI wieku są dość rzadko spotykane. Dla człowieka z XXI wieku to rarytas. Telefon z kablem ! Żywa skamielina...
Wpada więc człowieczek do budki z impetem. Koniecznie zdejmuje czapkę i rękawiczki. I mówi, że musi zamówić MUSZKATĘ. Chwyta słuchawkę, mówi z przejęciem, skupiony "Dzień dobry, poproszę MUSZKATĘ". I wychodzi, możemy wędrować dalej.

Różnie go podchodzimy. Chłopak trzyma język za zębami. Kurcze, o konspiracji mu jeszcze nie wspominałem...

Budkę telefoniczną mamy po drodze z przedszkola...

wtorek, 16 października 2012

Rybka

Latorośl dostała plastikowa rybkę. Małą, płaską, do łowienia w wannie, komplet do wędki. Szczęśliwy ogląda ją sobie jadąc do domu. Tak zaaferowany, że zapomniał o stałych procedurach podczas chowania auta do garażu.
Wysiadamy otworzyć garaż, walczę z kłódką, młody coś robi za samochodem. Nagle... Nie płacz, ryk i wycie. Szybka myśl - cholera, w końcu przycisk rękę drzwiami. Wizja wiszącej bezwładnie ręki, krwi, obciętych palców. Biegnę, po drodze automatyczne kojarzenie - apteczkA w bagażniku, opatrunek uciskowy jest, opaskę uciskowa zrobimy, palce do woreczka, rękę usztywnię do trójkąta ostrzegawczego, szpital blisko korków nie ma. Dobieram, patrzę, wygląda ta kupka nieszczęścia na całego na ciele. Przez lament dotarło do mnie "Moooooojjaaaaaa ryryyyyyybkaaaaa !!!!". Gdzie jest Nemo ? leży w kanaliku odpływowym pod kratką. Luzik, obiecuję uratować rybkę.
Kanalik głęboki, palce za krótkie. Wędki przy sobie nie mamy. Idziemy po jakiś śrubokręt i klucz, nie sięgam. Cóż, trzeba będzie podnieść kratkę. Tylko na niej stoi bolid.
Młody chyba pojął, że musi mi zaufać i współpracować. Pochlipując wpełzł do auta, wjechaliśmy do garażu, skorzystałem z okazji, świnia ze mnie, mamy inne priorytety.
Biorę się za kratkę. Ciężkie cholerstwo. Już wiem, że jeden moduł ma 4 metry długości. Już wiem, że dopasowany jest idealnie i włożyć go z powrotem to zadanie wymagające zegarmistrzowskiej precyzji. Zimą w rękawiczkach byłoby trudniej.
A potem usłyszałem szczęśliwe "Tatuś uratował mi rybkę, kocham go". Zostałem bohaterem w swoim domu.

I tak dobrze, że nie kazał mi wzywać strażaka Sama...