Droga z przedszkola nie jest usłana różami...
Bywam zmęczony po pracy. Czasem jestem pod krawatem. Strój ten nie sprzyja atmosferze placu zabaw i bieganiu. Muszę sobie sprawić plecak zamiast teczki. Albo chociaż pasek na ramię odnaleźć w szafie
Wybiega z sali. Szybki buziak. Kiedyś się wtulał stęskniony. Znaczy, w przedszkolu jest fajnie. Za nim na rękach pani wybiega pluszowa owieczka. Ok, mamy komplet.
Chodzić nadal nie umie. Galopuje do szatni. Przynosi buty. Wraca po kurtkę. Potem po czapkę. Szalik. Bluzę. ...
Jeszcze nie wkłada butów, przypomniał sobie, że chce się napić. Niepokojące, pęcherz ma ograniczoną pojemność, do domu kawałek mamy. Ubikacja. Ok, o pęcherz przestajemy się martwić. Możemy się ubrać. Owieczka w zależności od nastroju, wędruje do teczki (preferuję tą opcję) lub prowadzimy ja za łapki (kończy się to tak, że ja ją prowadzę).
Ogłoszenie prosi o trzymanie dzieci za rękę. Poręcz zbytnio kusi. Wyszliśmy, kolejny raz musi mi pokazać gdzie jest ogródek . Szczęśliwie jest po drodze do wyjścia. Ulica. Zazwyczaj przed nim jest zaparkowane stare duże Volvo. I nowe duże. Nie wiem jak, ale rozpozna każde, niezależnie od znaczka. Wrodzone zamiłowanie do kantów...
Szybko mi przekazuje nową piosenkę, taniec itp. Chwilowo za rękę.
Przejście dla pieszych, guziczek typu "Tu Krysia Tuchałowa, zielone poproszę". Musi nacisnąć. Jakimś szóstym zmysłem rozpozna, że już, jest wciśnięty, wówczas musimy poczekać na następny cykl. Jest zielone, ręka, biegniemy, żeby zdążyć. Inaczej, będzie foch. Udało się, zwycięstwo, rekord pobity.
Szybka analiza warunków atmosferycznych. Ciepło, czyli można zaliczyć sklepik. Znika w labiryncie regałów, wraca, Kubuś Play w ręce. Musi zapłacić, daje mu monety. Broń Boże odliczone, musi dostać resztę. I paragonik. Czasem pozwoli mi schować te skarby do kieszeni. Jak zebrane kamienie, które cichaczem wyrzucam.
Drugie przejście dla pieszych, budka telefoniczna, zamówienie muszkaty, próba wtargnięcia do sklepu mięsnego, podwórze... Tym razem znowu nie ma śmieciarki.
Za to można pogonić gołąbki.
Chodnik się rozwidla, pośrodku trawnik, każdy idzie z innej strony, wyścig kto pierwszy w miejscu, gdzie chodniki otaczające trawnik się spotykają. Zwycięzca nie hamuje, leci do tunelu czasu. W dół schody, zjazd dla wózków. Jakim cudem nie rozbił tam jeszcze nosa ?
Teraz mamy dwie drogi. Jedna wiedzie po zdemolowanych schodach na górkę osiedlową. Zaprawa przed górskimi łazęgami ? Mam cichą nadzieję, że będą z niego ludzie. Szaleńczy bieg na dół. Aż się boję śnieżnej zimy. Druga wzdłuż ogrodzenia. Gdzież on się nauczył chodzić po podmurówce trzymając za płot ? Praski łobuz rośnie
Plac zabaw. Wiadomo. Nie liczę już na chwilę wytchnienia. Propozycja nie do odrzucenia "Ide na zjeżdżalnię. Ty też". Chudy jestem, mieszczę się. Przy okazji pobiegam po drabinkach, frajda ogromna, sam się czuję jak przedszkolak
Co dalej ? Kilka wspólnych okrążeń przy słupach z koszami do koszykówki. Sklepik, wybieranie bułek, dyskusja nad lodami, kończymy na truskawkowym misiu. oczywiście wbiega za ladę próbując dopaść kasę fiskalną. Sklepik zaprzyjazniony, chłopaki już mu proponowały zwiedzanie dostawczaka w środku. Wredni, przecież wyszedłby najwcześniej za godzinę.
Ostatnia prosta, marsz po krawężniku, dotarliśmy.
Nie jest źle. Jakim cudem żona rano dociera z nim do przedszkola w 15 minut ???
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz