środa, 8 października 2014

Pociąg pancerny

Słoneczna niedziela. Atrakcja. Nie podejmuję się stwierdzić, czy większa dla mnie, czy dla dziecka. W każdym razie idziemy całą rodziną. Dla wzmocnienia efektu, jedziemy SKMką. Czyli w języku jaśkowym "Emilką szalącą".
Kierunek - Muzeum Kolejnictwa.
Małżonka Najmilejsza coś tam wspominała, że dwa razy w roku to Ona może pójść obejrzeć pociągi, ale niekoniecznie co miesiąc :) Dała się jednak namówić.
Wchodzimy. Poprzebierani żołnierze, znaczy rekonstruktorzy, spacerują. Fajnie. Dostaliśmy z Jaśkiem po hełmie na głowy. Jeszcze fajniej. Wchodzimy do pociągu pancernego. Rarytas na skalę europejską. Taki czołg na torach, tylko trochę większy. Przedział załogi spory. Rozglądamy się. Ja muszę spojrzeć w każdy kąt. Jasiek musi spojrzeć przez każdy otwór obserwacyjno-strzelniczo-wentylacyjny. Chociaż chwilami mam nieodparte wrażenie, że jestem bardzej zainteresowany niż on. Ale pocieszam się, że na razie zbiera pierwsze wrażenia, a za kilka lat przyjdzie czas na dyskusje o rodzajach dział, konfiguracji pancerza i możliwościach bojowych ;) Wchodzimy do wieżyczek strzelniczych, celujemy w niebo. Niestety, nie da się niczym poruszač i pokręcić. Za tu już wiemy, po co mamy hełmy na głowach :) Nisko, ciasno, stuk puk o żelazny sufit, ściany, śruby. Nacieszyliśmy oczy żelaznymi płytami, wychodzimy. Nie potrafimy tylko Najpiękniejszej odpowiedzieć, co jest fascynującego i ciekawego w tej żelaznej konstrukcji. Cóż, chyba to samo co w bajkach o księżniczkach, czyli niespełnione marzenia o męskich przygodach.

Wyszliśmy. Rozpoczęła się inscenizacja krótkiej scenki. Z lat tużpowojennych. Czyli próba ataku na pociąg i zdobycia kilku skrzynek amunicji przez tzw wyklętych. Czyli Armia Czerwona, czy raczej wojska NKWD vs tzw banda NSZ. Mniejsza o historyczne niuanse. Grunt, że Jasiek patrzył zachwycony, jak żołnierze spacerują, strzelają, jest akcja. Coś nowego zobaczył, coś mu może w głowie zostać. Ja patrzyłem z mniejszym zachwytem. Wybuchł granat. I co ? I nic. Dwie, trzy minuty bezruchu. Żadnego ataku. Sołdat z niebieskim otokiem na czapce jak gdyby nic spaceruje wzdłuż wagonu. Dynamika akcji ;) O, wreszcie coś na horyzoncie. Kilku partyzantów, w nienagannych mundurach nadjeżdża na motocyklu, kilka strzałów, krasnoarmiejec gwiżdże alarmowo schowany pod wagonem, NSZowcy przekładają skrzynki z amunicją na wózek przy BMW z radosną rejestracją Wehrmachtu. Potem... Wreszcie znaleźli się rosyjskojęzyczni. Kilka strzałów, zamieszanie, ranny, akcja się rozwinęła :) I końcowy meldunek sołdata składany dowódcy. Czemu po polsku ?! Czemu "Panie dowódco !" zamiast "Tawariszcz komiendant !" ?! I czemu nie dostał tradycyjnie w pysk ? Albo chociaż nie padło oczekiwane "Job Twoju..." ?! Napięcie siadło momentalnie. Ale dzieciaki były zadowolone. Coś się działo, i w dodatku zobaczyły żołnierza biegnącego "w takich fajnych kaloszach". Czyli walonkach ;)

Idziemy dalej. Jest atrakcja. Przyjażdżka starym motocyklem o praskich numerach rejestracyjnych. WH... Dziwnie pokrywających się z numerami Wehramachtu ;) Czegoś takiego przepuścić nie możemy. Jasiek do wózka, ja na tylne siodełko, i jazda. Junior ma poważną minę, cały skupiony i przejęty. Mina poważna. Znaczy, chłonie wrażenia :) Pewnie sam by chętnie pokierował. A ja udaję chojraka mimo, że na siodełku sprężynowym faluje jak w kajaku podczas sztormu ;) Utrzymać się na nim chyba równie trudno...

A na koniec, na końcu bocznicy z lokomotywami, w ostatnim wagonie towarowym... Rekonstruktorzy urządzili strzelnicę dla tłumu zwiedzających. Nie ma dyskusji, trzeba postrzelać. Tym razem ja sobie tą atrakcję jednak odpuściłem. Niech Najwspanialsza też ma coś z życia ;) Nie chciała wejść do pociągu pancernego, z motocykla nie wiedzieć dlaczego zrezygnowała, niech sobie przynajmniej postrzela. Czasy niepewne, nie wiadomo, kiedy ta umiejętność się przyda ;)
Zapoznali się z bronią, przyjęli postawę... Dla Jasia to nie pierwszyzna, trzymał gnata jak stary wyjadacz :) Obojgu chyba udało się trafić w tarczę, nie jest źle, Ojczyzna kształci swych obrońców ;)

Tyle atrakcji na jedno niedzielne przedpołudnie..  Mieliśmy nadzieję, że Jasiek po prostu zmęczony padnie. Jak zwykle nadzieje okazały się płonne...

wtorek, 7 października 2014

Ceramika bolesławiecka

Ostatnio jesteśmy zachwyceni ceramiką z Bolesławca. Niby świetnie znana, niby od zawsze obecna, a jednak odkryta na nowo. Trochę dzięki nowym wzorom, trochę... nie wiem na ile była dostępna i znana poza Dolnym Śląskiem.
Ktoś znajomy pochwalił się filiżanką. Najmilejsza zapragnęła podobnej. I o dziwo otrzymała ją z jakiejś okazji. Potem przypadkiem kupiliśmy dwa kwieciste kubko-garnuszki na pamiątkę kolejnego pobytu w mieście mym rodzinnym, pod wrażeniem ich uroku. Przy okazji sprawiłem sobie nowy kubek do pracy na kawę. Najbardziej klasyczny, w okrągłe niebieskie stempelki. Miałem już serdecznie dosyć dotychczasowego z pingwinkiem. Przekazałem go synowi, wzbudzając jego zachwyt :) I zapragnąłem mieć też talerzyk. Znudziło mi się jedzenie śniadania na rozwiniętym woreczku i papierze śniadaniowym.
Wybraliśmy się więc we trójkę do miasta na zakupy. Sklepik specjalistyczny jest, wchodzimy. Z Młodym. Niby już duży jest, umie się zachować. Przynajmniej czasami. Akurat nie był to dzień, w którym to "czasami" może mieć zastosowanie. W sumie to mu się nie dziwię. Nowe miejsce, trzeba wszystko obejrzeć. W dodatku na półkach mnóstwo ciekawych i ślicznych gadżetów. Sam oczopląsu dostałem i nie wiedziałem, w którą stronę patrzeć. Pensję można tam bez problemu zostawić. Łącznie z ewentualną premią ;)
Więc Jasiek wpadł do sklepu. Pełnego kruchej porcelany ustawionej na półkach. Energicznie, jak to on, z domieszką chaosu. I zaczął biegać wąskimi przejściami między regałami, zdejmować z półek i podziwiać filiżanki, talerzyki, figurki i lichtarzyki ustawione w rzędy i wieże. Głośno wyrażać zachwyt
- Patrzcie rodzice jakie piękne !
Wszystko kruche i delikatne. Właściwie robił to samo co my, też dostaliśmy tam oczopląsu. Tylko... On miał ruchy mniej składne. Bardzej chaotyczne i żywiołowe. Mniej skoordynowane i precyzyjne. Nam od razu wyrósł nerw wewnętrzny, rozedrganie. Szybko bez sensu analizowaliśmy potencjalne straty, stan konta, szacowaliśmy ile trzeba będzie zapłacić za regał stłuczonych talerzy. O dziwo, nic nie przewrócił, nic z rąk mi nie wypadło. Jednak mi nerwy nie wytrzymały, zdolność koncentracji spadła poniżej zera. Wyszliśmy. Po prostu.

Najdroższa wróciła w spokoju wybrać dla mnie talerzyk. A my dwaj w międzyczasie, dla ukojenia nerwów, oglądaliśmy na wystawie galerii obok jakieś tajskie figurki słoni...

sobota, 4 października 2014

Barbakan

Spacer murami miejskimi Warszawy kończy się dla nas zazwyczaj przy pozostałościach jedynej zachowanej bramy miejskiej. Tzw barbakanu. Dość szumnie tak nazwanego, jeśli porównać to niewielkie prawie półkole z krakowskim odpowiednikiem, ale niech już będzie, zostańmy przy uświęconej tradycją nazwie.
Doszliśmy, patrzymy - a tu wejście otwarte, stolik z biletami wstępu w cenie 2 PLN. Nie pozostało mi nic innego, jak spełnić Najwspanialszej skryte marzenie i zaprosić Ją wraz z synem na krótką przechadzkę wąskimi, wewnętrznymi korytarzykami.  W ostatnim czasie trochę się dowiedziała o fortyfikacjach i wojsku. Tak mimochodem, przy okazji. Przy oszołomie realizującym swoje męskie marzenia pod pretekstem pokazywania dziecku świata trudno nie miała innego wyjścia ;)
Więc wkroczyliśmy w wąskie korytarzyki i strome schodki.
Cóż, był to dzień przypływu energii. Jeden z tych, kiedy człowiek zastanawia się, czy może jednak przywiązać dziecko do kaloryfera. Albo odwieźć chociaż na chwilę do babci. Więc Junior puścił się pędem do przodu. Nie zważając na strome schody, wysokie progi i wąskie przejścia. Na brak kasku i nieporadne rodzicielskie próby asekuracji w miejscach szczególnie ryzykownych. Nie mówiąc o rodzicielskiej chęci spokojnego podziwiania wnętrza i jego walorów architektonicznych i obronnych, wyjścia w atmosferę kilkuset lat wcześniej. O nie, nic z tego.
- Uważaj ! Próg ! Wolniej na drabinie ! Stój !
Chociaż, chyba udało nam się trochę odtworzyć atmosferę z kilkuset lat wstecz. Konkretnie, gorączki w chwili oblężenia. Nie mieliśmy tylko kusz, muszkietów i gorącej smoły do polewania wdzierających się na mury wojsk...
Na chwilę tylko zatrzymały go małe okienka obserwacyjno-strzelnicze. Na krótką chwilę.

piątek, 3 października 2014

Mury miejskie

Poszliśmy sobie pewnego popołudnia na Starówkę. Ot, tak sobie. Całą rodzinką. Może nie do końca tak sobie. W ramach męskich rozmów tuż przed zaśnięciem snułem któregoś wieczoru opowieść o murach obronnych. Na kanwie wspomnień z Istambułu opowiadałem mu o potężnych murach Konstantynopola. I doszliśmy do wniosku, że czas odświeżyć widok umocnień lokalnych, wokół Starówki, bo dawno już tam nie byliśmy.
Idziemy sobie więc jak zwykle "po murku", na wszelki wypadek za rękę, żeby nie wpadł giermek do fosy. Fajnie jest, wesoło. Jak zwykle snuję  nudne opowieści, o konstrukcji dwurzędowej, wieżach i przeznaczeniu międzymurza. Również o wrogach oblegających miasto. Przy czym nie trzymałem się zbytnio historycznej ciągłości i rzetelności. Niemcy, Rusini, poganie, wreszcie Szwedzi. Bo oblężenie warszawskich murów to mi się głównie ze Szwedami w Warszawie kojarzy. A ten mały ancymon nagle woła
- Tata, a Tatarzy z łukami też tu walczyli ?
Robię wielkie oczy... Tatarzy ? O tych chyba mu nie wspominałem. I tak dobrze, że nie wyszedł z Mongołami i Czyngis-Chanem. Najpiękniejsza dojrzała mój wyraz twarzy i z tylko sobie wrodzonym wdziękiem szybko przyszła z pomocą memu zdziwieniu
- Na pewno mu coś wieczorem naopowiadałeś o Tatarach i sam nie pamiętasz :)
W sumie możliwe, że w ramach opowieści tureckich zahaczyłem o Chanat Krymski i Tatarów...

czwartek, 2 października 2014

Chałwa

Zostaliśmy sami na dwa wieczory. Oczywiście Młody zarządził, jak zawsze w takich przypadkach, chłopacki wieczór piżamowy. Oznacza to ni mniej ni więcej jak późniejsze pójście do łóżka. Nie uśmiechała mi się taka perspektywa, jakiś zmęczony i niewyspany byłem. Może trzeba było dzień wcześniej z kumplem jedno piwo mniej wypić ?
Trzeba było więc Jaśkowi wymyślić jakąś atrakcję. Żeby wieczór nie skończył się bezmyślnym oglądaniem kilku bajek więcej...
Pomysłu nie musiałem długo szukać. Idziemy do kuchni. W ramach fazy turecko-bałkańskiej chciałem sprawdzić moje zdolności kucharskie przy produkcji chałwy. Składniki kupione kilka dni temu. Q.Robimy. Młody jak zwykle do tematu podszedł z ogromnym zapałem. Wyrażającym się hasłem
- Tata, ja sam ! Nie pomagaj !
Zappbiegliwie, cichaczem sam prażyłem sezam na patelni.
- Tata, ale nie rób beze mnie !
- Oczywiście synu :) Zaraz Cię zawołam, na razie myje naczynia.
Kto z nas, rodziców, nie ucieka się czasem do drobnych kłamstewek ;)
Gotowe, nie przypaliłem ;) Narzędzia przygotowałem, czas włączyć kuchcika do pracy.
- Jasiek, chodź, robimy !
Na początek trzeba przesypać ziarno z patelni do miski.
- Jasiu, powoli i ostrożnie żeby nie rozsypać... Kur....
- Tato, to nie ja...
- Wiem synku, przepraszam, to mi się ręka za szybko ruszyła. Przynieś odkurzacz, proszę...
Dzielny pomocnik postanowił sam odkurzyć. Potem sam schować odkurzacz.
Chwilę to trwało.
Potem przesypaliśmy resztę sezamu do miski.
Po co my chowaliśmy ten odkurzacz ?
Powtórzyliśmy procedurę sprzątania. Na wszelki wypadek zostawiłem odkurzacz na wierzchu :)
Mielimy ! Chwała Bogu, że miska do blendera (tak to się chyba nazywa ???) jest przykryta. Mielimy. Jasiek, dłużej trzymaj guziczek. O, tak, dobrze. Otwieramy, próbujemy. Jeszcze trochę. O, teraz dobrze :)
I nadszedł czas przełożyć zmieloną masę do innej miski. Zaczynamy. Łyżka za łyżką wygarniamy. Poszło nieźle, tym razem odkurzacz się nie przydał :) Zachęceni sukcesem bierzemy się za dodawanie miodu. Sprostowanie. Zaczynam się przyglądać, jak Jasiek radzi sobie z dodawaniem miodu. Metodą jedna łyżka do chałwy, jedna łyżka do brzuszka. Miód smakowity. Masa... Właściwie nie wiem, ile powinno się tego miodu dodać. Na czuja, a właściwie na język, chyba udało nam się dobrać niezłe proporcje. Pycha.
Odkurzacz znowu był zbędny. Jasiek chowa go do szafy. A ja próbuje zetrzeć lepki miód z szafki. Czym to się ściera ?
W międzyczasie przypomina mi się, że kiedyś siostrzenica utopiła siostry telefon w miodzie. Nam udało się mniej strat uczynić :)
Ale nowa myśl skłoniła mnie do samodzielnego rozmieszania masy. Jaśkowi na szczęście prace kuchenne już się znudziły. Starczy atrakcji jak na jeden wieczór ;)

A chałwą jestem zachwycony. Jaś trochę mniej, ale gust mu się z wiekiem wyrobi. Teraz w napięciu czekam aż Najwspanialsza wróci i wyrazi swoją opinię...

środa, 1 października 2014

Na kawie

Będąc na sobotnim spacerze na Starówce usiedliśmy w Pożegnaniu z Afryką. Lubię tam czasem zajść i wypić bardzo dobrą prawdziwą kawę. Żadne tam włoskie wynalazki, tylko kawę parzoną w tygielku. I takową sobie zamówiłem. Niebo w gębie, pełny smak, żadne Tchibo Jacobsy czy Davidoffy jej do pięt nie dorastają :)
- Tata, daj spróbować
O nie, synuś ! Czasem skradnie w domu łyka z filiżanki, ale taka dawka i stężenie kofeiny raczej nie są wskazane dla malutkiego organizmu. Tym razem musiał się zadowolić soczkiem. I pysznym pieczonym jabłuszkiem.
Nawet dał sobie samodzielnie radę z pokrojeniem go :)
A ja do wieczora czułem w ustach smak prawdziwej kawy.

wtorek, 30 września 2014

Podróże Minionka

Jak już pisałem, w czasie wakacji wredny wiatr zwiał nam balonik w kształcie Minionka do falującego Adriatyku. I Minionek udał się w rejs przez morze Śródziemne, kawałek Atlantyku, kanał la Manche, duńskie cieśniny, Bałtyk i w górę Wisły...
Co jakiś czas Jasiek przypominał sobie o baloniku. I pytał, czemu Jego Minionek jeszcze nie dopłynął do Warszawy. Wtedy braliśmy z półki atlas i pokazywałem mu, którędy Minion płynie, gdzie może teraz być. Nie obywało się przy okazji bez pogawędki o różnych krajach, miastach.
W końcu średnio dwa razy w tygodniu zaczął zadawać pytanie bardziej ukierunkowane
- Czy Pani z portu w Warszawie już dzwoniła, że Minionek przypłynął ?
Co było robić, którejś pięknej niedzieli Najwspanialsza została bohaterką domu. Wyszła na godzinę, i wróciła z nadmuchanym helem, latającym Minionem. Oczywiście identycznym, z dwoma oczami. Szczęście Jasia nie miało granic. Zwłaszcza, gdy Minionek piskliwym trochę głosem (nie wiem, jakim cudem udało mi się coś takiego z krtani wydobyć) opowiadał, którędy płynął i jakie miał po drodze przygody - sztormy, spotkanie z piratami, widział potwory morskie, wikingów i ogromne statki.

Teraz mamy nowy problem. Minionek powoli chudnie. A ja intensywnie myślę, skąd i jak tu przynieść hel, i jak go wtłoczyć do balonika...