No właśnie, samodzielnie wciągał sanki na górkę...
Poszliśmy pojeździć następnego dnia. Wtarabaniliśmy się na górkę, zasiadł, nadałem mu pęd startowy, zjechał. Zatrzymał się na dole. I siedzi na sankach. Może myśli, że po płaskim też pomknie ? Może ciężko mu wyjść w kombinezonie kosmonauty z wąskich sanek ? Może się zmęczył i uciął sobie drzemkę ? Schodzę sprawdzić. Niby wszystko ok. Wchodzisz ? Nie. Czemu ? Tata, wciągnij mnie na górę. Ale przecież wczoraj sam wnosiłes sanki ?
I na to zdumiony odrobinę, że nie kapuję w czym rzecz, rozkłada szeroko ręce i rezolutnie ucina "Ale to było wczoraj".
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
środa, 12 grudnia 2012
wtorek, 11 grudnia 2012
Na sankach
Poszliśmy na sanki. Śnieg spadł, normalne. Zmierzamy ku górce osiedlowej, mróz szczyptę w nosy, fajnie Sprostujmy to "poszliśmy", udawałem renifera pociągowego., Dobrze, że porykiwać nie musiałem. Co prawda w pewnej chwili padła propozycja "Tata siadaj, ja Cię pociągnę" ale szybko się poddał, nawet mimo mojej mokrej postury. Oj, malutki, malutki Jasiu jeszcze jesteś
Górka, sanki, ale o co właściwie chodzi ? Szybko załapał. Stok delikatny, tzw dziecięcy, raz zbiegłem asekuracyjnie obok sanek, ludzik, daje radę. Sanki lekko skręcają, więc trzyma tor jak po szynach wzdłuż krawężnika
Gapię się, schodzę, wciągam stwora pod górę... Coś tu nie tak, czas wychowywać i edukować... Zaczynamy od samodzielnego wchodzenia pod górkę. Działa. Oczywiście środkiem toru zjazdowego, jakżeby inaczej. Ja tu rządzę,, IKEA Jasiu, bokiem, uważaaaj ! W ostatniej chwili dał dyla w bok, uff. Doskonałą zabawę sobie znalazł... Zrozumiał dopiero, gdy odwołałem się do najwyższego autorytetu, czyli strażaka szefa. Kto nie wie o co chodzi, niech sobie obejrzy dowolny sezon strażaka Sama.
Wspinamy się bokiem. Młody nawet zniża się do samodzielnego wciągania sanek. Sukces ? Nie chcę tego głośno mówić...
Zjeżdża samodzielnie. Jasiuuuu, hamuuuuuj !!! Bach, wjechał jakiejś cudzej mamie w nogi. Nie przygniotła go Co się mówi ? Przepraszam. Ok. Lamentu nie wszczęła, widać ma podobne stworzenie Wie, że pewnych wypadków nie da się uniknąć.
Zjeżdża samodzielnie. Trochę mu zazdroszczę. Jasiek, chcesz zjechać z tatą z dużej góry ? Taak. Próbujemy, trochę się boję, stromo, wyskok ma dole. Daliśmy radę. Jeszcze. Ale po trzech turach mu się znudziło. Wrócił ma górkę dla dzieci. Tu też mu czegoś brakowalo. Ostatecznie ustaliliśmy cykl: 3 zjazdy samodzielne z małej, 3 wspólne z dużej. Obaj zadowoleni
Dobra, wracamy. Najtrudniejsza cześć wycieczki. Postanowił sturlać się z górki. Znowu mu zazdroszczę, mi trochę głupio Wchodzę w rolę renifera... Tataaa, w drugą stronę, nie do domku. Cwaniak, zwąchał pismo nosem, tak łatwo chyba nie pójdzie.. Wchodzę w rolę szalonego renifera, wiraże, serpentyny, zaspy, pęd, wiatr, smoki pod baranicą, jest fun, zbliżamy się, renifer ciężko sapie Zauważył, że dał się podejść... Kto u czarta zamontował w tych sankach hamulce ??? Kto u czarta nauczył Jaśka z nich korzystać ???
...
Weszliśmy do domu. Czas na gorąca herbatę. Czas się przebrać. Cholera, śnieg mi wlazł pod nogawki, nogi jak sopelki, czemu nic nie mówił ???
...
Trzy dni później. Coś ciepły. Mówi, że jest z zimny, wkłada bluzę. Daje sobie włożyć pod pachę termometr ?! Ups, zapowiada się kilka dni L4... Ze dwa stopnie powyżej normy. Mogłem przewidzieć...
Górka, sanki, ale o co właściwie chodzi ? Szybko załapał. Stok delikatny, tzw dziecięcy, raz zbiegłem asekuracyjnie obok sanek, ludzik, daje radę. Sanki lekko skręcają, więc trzyma tor jak po szynach wzdłuż krawężnika
Gapię się, schodzę, wciągam stwora pod górę... Coś tu nie tak, czas wychowywać i edukować... Zaczynamy od samodzielnego wchodzenia pod górkę. Działa. Oczywiście środkiem toru zjazdowego, jakżeby inaczej. Ja tu rządzę,, IKEA Jasiu, bokiem, uważaaaj ! W ostatniej chwili dał dyla w bok, uff. Doskonałą zabawę sobie znalazł... Zrozumiał dopiero, gdy odwołałem się do najwyższego autorytetu, czyli strażaka szefa. Kto nie wie o co chodzi, niech sobie obejrzy dowolny sezon strażaka Sama.
Wspinamy się bokiem. Młody nawet zniża się do samodzielnego wciągania sanek. Sukces ? Nie chcę tego głośno mówić...
Zjeżdża samodzielnie. Jasiuuuu, hamuuuuuj !!! Bach, wjechał jakiejś cudzej mamie w nogi. Nie przygniotła go Co się mówi ? Przepraszam. Ok. Lamentu nie wszczęła, widać ma podobne stworzenie Wie, że pewnych wypadków nie da się uniknąć.
Zjeżdża samodzielnie. Trochę mu zazdroszczę. Jasiek, chcesz zjechać z tatą z dużej góry ? Taak. Próbujemy, trochę się boję, stromo, wyskok ma dole. Daliśmy radę. Jeszcze. Ale po trzech turach mu się znudziło. Wrócił ma górkę dla dzieci. Tu też mu czegoś brakowalo. Ostatecznie ustaliliśmy cykl: 3 zjazdy samodzielne z małej, 3 wspólne z dużej. Obaj zadowoleni
Dobra, wracamy. Najtrudniejsza cześć wycieczki. Postanowił sturlać się z górki. Znowu mu zazdroszczę, mi trochę głupio Wchodzę w rolę renifera... Tataaa, w drugą stronę, nie do domku. Cwaniak, zwąchał pismo nosem, tak łatwo chyba nie pójdzie.. Wchodzę w rolę szalonego renifera, wiraże, serpentyny, zaspy, pęd, wiatr, smoki pod baranicą, jest fun, zbliżamy się, renifer ciężko sapie Zauważył, że dał się podejść... Kto u czarta zamontował w tych sankach hamulce ??? Kto u czarta nauczył Jaśka z nich korzystać ???
...
Weszliśmy do domu. Czas na gorąca herbatę. Czas się przebrać. Cholera, śnieg mi wlazł pod nogawki, nogi jak sopelki, czemu nic nie mówił ???
...
Trzy dni później. Coś ciepły. Mówi, że jest z zimny, wkłada bluzę. Daje sobie włożyć pod pachę termometr ?! Ups, zapowiada się kilka dni L4... Ze dwa stopnie powyżej normy. Mogłem przewidzieć...
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Słowotwórstwo
Bawi się człowieczek. Na kanapie. Nagle pada zdanie "Ja sobie pożykam".
O żesz... Niepokój lekki, osiągamy stan gotowości jak strażak na dźwięk alarmu. Kiedyś jako "Chciałbym wymiotować" było próba wyjścia z łóżeczka wieczorem, szybko spacyfikowaną, uznaną przez Młodego za nieskuteczną.
Na nasze spojrzenie wnikliwe, pytające, spokojnie bierze swoją skrzynkę z narzędziami, wyjmuje wiertarkę, i robi "żżż, żżż, żżż ...".
Jasne, nowy Jasieński rośnie. Byle nie skończył jak tamten. Ciekawe, czy w ostatniej podróży widział daleka północ ?
O żesz... Niepokój lekki, osiągamy stan gotowości jak strażak na dźwięk alarmu. Kiedyś jako "Chciałbym wymiotować" było próba wyjścia z łóżeczka wieczorem, szybko spacyfikowaną, uznaną przez Młodego za nieskuteczną.
Na nasze spojrzenie wnikliwe, pytające, spokojnie bierze swoją skrzynkę z narzędziami, wyjmuje wiertarkę, i robi "żżż, żżż, żżż ...".
Jasne, nowy Jasieński rośnie. Byle nie skończył jak tamten. Ciekawe, czy w ostatniej podróży widział daleka północ ?
piątek, 7 grudnia 2012
Św. Mikołaj
Chyba pierwszy w miarę świadomy Mikołaj dla Młodego. Bo póki był Borsuczkiem to nie bardzo ogarniał zewnętrzną rzeczywistość i tradycję. Na etapie Mysza raczej też nie miał wyczucia czasu i obyczajów. Odkąd się uspołecznia w placówce oświatowej, jest uświadomiony oraz wymienia wiedzę z kolegami. Więc... chciałem go trochę uświadomić, w czym rzecz. Pokazuje mu na jakimś obrazku brodatego staruszka w czerwonym kubraku, a ten mi wypala "To Mikołaj, gdzie ma sanie ?". Znalazłem wersję z saniami, google rulez, a ten mi oświadcza, że przy saniach są renifery. A ja już miałem przygotowaną w zanadrzu opowiastke o różnicach morfologii (?) jelenia łosia i renifera... Ale powymądrzać i tak się musiałem, o Finlandii, kole podbiegunowym, śniegu i zimie polarnej. A co, może kiedyś zostanie zimolubem jak rodzic.
Ok, w temat wprowadzony, piszemy list do św. Mikołaja. Kilka maziajów z objaśnieniem, że to auto. Czyli chyba trafiłem... List na okno, wychodzimy z pokoju, w końcu święty nie lubi towarzystwa. Odludek jakiś ? Niech mu będzie, czasem na starość ludzie dziwaczeja, Młody zrozumiał. Nagły powrót - trzeba uchylić okno, żeby miał jak wejść. W sypialni. Trzeba będzie spać w swetrze jak się wymrozi. Pobawimy się potem w eskimosów i zbudujemy ma środku igloo...
Oczywiście co jakiś czas sprawdzamy, czy może długobrody dziadek zabrał list... Czekamy. Wiadomo, rano przyjść nie może, bo raczej nici z przedszkola W końcu... listu nie ma ! Jak on to zrobił ? Nieważne. Krótkie objaśnienie dalszej procedury, Junior od razu wali do swojej poduszki, "JEST PREZENT !". Super, nawet się spodobał Mamy kolejny pojazd budowlany do przesypywania kaszy Młody musi jednak sprawdzić, czy wszyscy dostali prezenty, myk pod maminą poduszkę. "JEST !". No, to super. Myk pod tatową. "Nie ma ?!". Rozważamy, że może tatko był niegrzeczny ? W Jasiowym głosie słychać wyraźny niepokój, jakby rozczarowanie. Chyba mnie lubi trochę, i ma jakieś tam poczucie sprawiedliwości. Kurczę, sam się zastanawiam, co przeskrobałem. Chwilę gawędzimy, ale w powietrzu coś wisi, gęstnieje, niespełnienie, niepokój, taki fajny tatuś i nie ma prezentu ? Może Mikołaj się pomylił, zapomniał, może poduszka nie taka, może list do Świętego był nieczytelny ? Idzie się upewnić, może po prostu nie zauważyliśmy paczuszki ? "Rodzice, JEST prezent dla tatusia !!!". Jednak Mikołaj coś na chwilę przeoczył, ale na szczęście wrócił. W końcu ma sporo na głowie Teraz mogliśmy spokojnie zająć się zabawą w budowę. Jednak... co parę minut sprawdzał pod poduszkami, czy nie ma jeszcze jakiejś paczuszki ?
I jak takiemu wyjaśnić, że Mikołaj przychodzi tylko raz w roku ? A co to jest rok ? Zaczynają się trudne pytania
Ok, w temat wprowadzony, piszemy list do św. Mikołaja. Kilka maziajów z objaśnieniem, że to auto. Czyli chyba trafiłem... List na okno, wychodzimy z pokoju, w końcu święty nie lubi towarzystwa. Odludek jakiś ? Niech mu będzie, czasem na starość ludzie dziwaczeja, Młody zrozumiał. Nagły powrót - trzeba uchylić okno, żeby miał jak wejść. W sypialni. Trzeba będzie spać w swetrze jak się wymrozi. Pobawimy się potem w eskimosów i zbudujemy ma środku igloo...
Oczywiście co jakiś czas sprawdzamy, czy może długobrody dziadek zabrał list... Czekamy. Wiadomo, rano przyjść nie może, bo raczej nici z przedszkola W końcu... listu nie ma ! Jak on to zrobił ? Nieważne. Krótkie objaśnienie dalszej procedury, Junior od razu wali do swojej poduszki, "JEST PREZENT !". Super, nawet się spodobał Mamy kolejny pojazd budowlany do przesypywania kaszy Młody musi jednak sprawdzić, czy wszyscy dostali prezenty, myk pod maminą poduszkę. "JEST !". No, to super. Myk pod tatową. "Nie ma ?!". Rozważamy, że może tatko był niegrzeczny ? W Jasiowym głosie słychać wyraźny niepokój, jakby rozczarowanie. Chyba mnie lubi trochę, i ma jakieś tam poczucie sprawiedliwości. Kurczę, sam się zastanawiam, co przeskrobałem. Chwilę gawędzimy, ale w powietrzu coś wisi, gęstnieje, niespełnienie, niepokój, taki fajny tatuś i nie ma prezentu ? Może Mikołaj się pomylił, zapomniał, może poduszka nie taka, może list do Świętego był nieczytelny ? Idzie się upewnić, może po prostu nie zauważyliśmy paczuszki ? "Rodzice, JEST prezent dla tatusia !!!". Jednak Mikołaj coś na chwilę przeoczył, ale na szczęście wrócił. W końcu ma sporo na głowie Teraz mogliśmy spokojnie zająć się zabawą w budowę. Jednak... co parę minut sprawdzał pod poduszkami, czy nie ma jeszcze jakiejś paczuszki ?
I jak takiemu wyjaśnić, że Mikołaj przychodzi tylko raz w roku ? A co to jest rok ? Zaczynają się trudne pytania
czwartek, 6 grudnia 2012
Roboty drogowe
Wracaliśmy, powiedzmy jak zwykle, z przedszkola, a tu się okazało, że po drodze remontują ulicę. Niby zwykła szybka wymiana nawierzchni, która człowiek zauważy tylko dlatego, że korki osiągnęły natężenie niewyobrażalne, i szybko skwituje w myśli, że może przez jakiś czas będzie w miarę równo i wreszcie zasypią tą cholerną dziurę, której nijak nie dało się ominąć i groziła udawaniem koła. Optyka rodzica ciekawego świata trzylatka jest jednak zupełnie inna... Z jednej strony wiadomo, że szybko dziś nie dojdziemy do domu przy takiej atrakcji i wizja gorącej herbaty oddala się, z drugiej jest okazja urozmaicić młodemu dzień.
Dobra, sam osobiście podjąłem decyzje o nadłożeniu drogi i przyjrzeniu się remontowi z bliska. Cóż, że pada trochę, życie nauczyło mnie nosić dwa parasole
"Tata, kopara !!!! Idziemy popatrzeć ???". Wiedziałem Pewnie, że idziemy ! Walec, koparka, inne bliżej mi nieznane maszyny, jak u Boba Budowniczego ! Jeżdżą, warczą, świecą, robota wre, aż miło popatrzeć, jak Polska rośnie w siłę. Super, pożyczyliśmy, nawet sprawnie ruszyliśmy dalej. Życie byłoby zbyt piękne....
Zaczęło mocniej oddać, wręcz lać. Młody parasol dzierżył w różnych miejscach obok siebie, czasami nawet trafiał nad głowę. Wizja choroby niezbyt mi się uśmiechała. A obok, na ulicy, megakorek. Dosłownie wszystko zastygło w bezruchu, jak zamrożone lub zastygłe pod lawą Pompeje. Kilka autobusów pod rząd. Mokro, zimno, trochę wieje. Człowiek marzy o misce i nogach w gorącej wodzie zanurzonych, gorącej herbacie z malinami, dziadkowej krzepkiej naprędce. Kurczę, został z tyłu, gapi się na autobusy. Co w nich ciekawego ?! Żeby to chociaż betoniara była ! Nie, najzwyklejszy autobus. "Tata, patrz, autobusy !". Walczę z parasolem, żeby mu na nos nie padało. Kiedy on go zdążył pogiąć ?! Zaraz wybuchne, zacznę go pchać, ciągnąć, zaganiac jak owczarek owce. Obietnica zabawy lekko zadziałała. Zamiast stać przesuwa się. We właściwym kierunku, o dziwo. Tylko tempo... gąsienicy wygrzewającej się na słońcu... Co jest fascynującego w autobusach ??? Drepcze niezbyt zadowolony, krok za krokiem, metr za metrem, jak skazaniec, parasol ciągnie za sobą, ja także dookoła niego namawiając, kusząc zabawą, strasząc dinozaurem, cedząc w myśli niebyt cenzuralne określenia. Kropla za kroplą coraz bardziej mokro. Nie wiem ile to trwało... Wolę nie wiedzieć.... Doszliśmy. Wykręciliśmy odzież. Wypiliśmy gorąca herbatę. Muszę spróbować wracać z nim autobusem. Chociaż jeden przystanek
Dobra, sam osobiście podjąłem decyzje o nadłożeniu drogi i przyjrzeniu się remontowi z bliska. Cóż, że pada trochę, życie nauczyło mnie nosić dwa parasole
"Tata, kopara !!!! Idziemy popatrzeć ???". Wiedziałem Pewnie, że idziemy ! Walec, koparka, inne bliżej mi nieznane maszyny, jak u Boba Budowniczego ! Jeżdżą, warczą, świecą, robota wre, aż miło popatrzeć, jak Polska rośnie w siłę. Super, pożyczyliśmy, nawet sprawnie ruszyliśmy dalej. Życie byłoby zbyt piękne....
Zaczęło mocniej oddać, wręcz lać. Młody parasol dzierżył w różnych miejscach obok siebie, czasami nawet trafiał nad głowę. Wizja choroby niezbyt mi się uśmiechała. A obok, na ulicy, megakorek. Dosłownie wszystko zastygło w bezruchu, jak zamrożone lub zastygłe pod lawą Pompeje. Kilka autobusów pod rząd. Mokro, zimno, trochę wieje. Człowiek marzy o misce i nogach w gorącej wodzie zanurzonych, gorącej herbacie z malinami, dziadkowej krzepkiej naprędce. Kurczę, został z tyłu, gapi się na autobusy. Co w nich ciekawego ?! Żeby to chociaż betoniara była ! Nie, najzwyklejszy autobus. "Tata, patrz, autobusy !". Walczę z parasolem, żeby mu na nos nie padało. Kiedy on go zdążył pogiąć ?! Zaraz wybuchne, zacznę go pchać, ciągnąć, zaganiac jak owczarek owce. Obietnica zabawy lekko zadziałała. Zamiast stać przesuwa się. We właściwym kierunku, o dziwo. Tylko tempo... gąsienicy wygrzewającej się na słońcu... Co jest fascynującego w autobusach ??? Drepcze niezbyt zadowolony, krok za krokiem, metr za metrem, jak skazaniec, parasol ciągnie za sobą, ja także dookoła niego namawiając, kusząc zabawą, strasząc dinozaurem, cedząc w myśli niebyt cenzuralne określenia. Kropla za kroplą coraz bardziej mokro. Nie wiem ile to trwało... Wolę nie wiedzieć.... Doszliśmy. Wykręciliśmy odzież. Wypiliśmy gorąca herbatę. Muszę spróbować wracać z nim autobusem. Chociaż jeden przystanek
środa, 5 grudnia 2012
Młody ratownik
Człowiek wraca zmęczony z pracy... Ma ochotę chwilę nic nie robić... Dłuższą chwilę. Włącza dziecku telewizor, idzie parzyć kawę. Z obawą, bo zmienili program, zniknął ulubiony Ciekawski George, jego miejsce zajęła Mama Mirabelle... Niepokojące, przy Georgu miałem 15 minut dla siebie. Ale nie jest źle, obejrzał, udało mi się zdobyć kawę Po chwili jednak Młody wparował do mojego azylu w kuchni. Z okrzykiem, że musimy uratować Zebcię, ma chore kopytko. O dziwo, biedną Zebcię zlokalizował w piekarniku. Oczywiście, na ratunek przyjechał wozem strażackim, jakże by mogło być inaczej Instynkt nauczyciela mi się włączył,choremu zwierzątku musi pomóc pan doktor z karetki. Przyniósł mi karetkę, żebym też mógł się bawić Chyba nie miałem wyjścia...
Tak więc dwa ludziki weszły do piekarnika. Doskonała okazja do wdrażania zasad pierwszej pomocy. Skoro Zebcia ma złamane kopytko, trzeba je opatrzyć, skleić gipsem, założyć opatrunek, nakleić plasterek. O naiwny ojcze ! Przecież jej w kopytko wszedł kamień ! Dobrze, że chociaż doktor mógł się nią zająć, nie tylko strażak. Potrzebował do tego narzędzia, akurat pod ręką znalazł się toporek strażacki. Lepszy rydz niż nic, młody McGyver rośnie Stuk stuk, kamyk wypadł, szur szur, opatrunek też założony, obaj coś wymyśliliśmy do zabawy. Wilk syty i owca cała... Ale nie odjeżdżamy, nagle okazało się, że Zebcia jest utknięta i nie może się wydostać skądś. Całe szczęście, że wraz z, karetką przyjechał strażak, mógł się wykazać. Po chwili Zebcia mogła spokojnie odejść dalej z Mamą Mirabelle i Kizią, wombatem z Australii, która przyjechała w gości. Mogę wypić kawę ?
NIE. Tym razem Zebcia uszkodziła kopytko w szafie. Potem na komodzie. Na kołdrze. W drugiej szafie. W pralce. Za fotelem. Na parapecie. I tak zeszło popołudnie... Kawa wystygła, kilka łyków w locie połknąłem.
Sam tego chciałem Podobno. Decyzja o pierwszym dziecku jest zupełnie nieświadoma
Tak więc dwa ludziki weszły do piekarnika. Doskonała okazja do wdrażania zasad pierwszej pomocy. Skoro Zebcia ma złamane kopytko, trzeba je opatrzyć, skleić gipsem, założyć opatrunek, nakleić plasterek. O naiwny ojcze ! Przecież jej w kopytko wszedł kamień ! Dobrze, że chociaż doktor mógł się nią zająć, nie tylko strażak. Potrzebował do tego narzędzia, akurat pod ręką znalazł się toporek strażacki. Lepszy rydz niż nic, młody McGyver rośnie Stuk stuk, kamyk wypadł, szur szur, opatrunek też założony, obaj coś wymyśliliśmy do zabawy. Wilk syty i owca cała... Ale nie odjeżdżamy, nagle okazało się, że Zebcia jest utknięta i nie może się wydostać skądś. Całe szczęście, że wraz z, karetką przyjechał strażak, mógł się wykazać. Po chwili Zebcia mogła spokojnie odejść dalej z Mamą Mirabelle i Kizią, wombatem z Australii, która przyjechała w gości. Mogę wypić kawę ?
NIE. Tym razem Zebcia uszkodziła kopytko w szafie. Potem na komodzie. Na kołdrze. W drugiej szafie. W pralce. Za fotelem. Na parapecie. I tak zeszło popołudnie... Kawa wystygła, kilka łyków w locie połknąłem.
Sam tego chciałem Podobno. Decyzja o pierwszym dziecku jest zupełnie nieświadoma
wtorek, 4 grudnia 2012
Pogawędka trzylatków
Młody się uspolecznia Co jakiś czas opowiada, że z Lenką bawił się kocurem. Zastanawiam się, czy Lenka jest fajna koleżanką, czy chodzi o kotka Może młoda dama podrywa go "na kocura" i sama wysuwa pazurki ? Śladów na plecach nie miał
Wychodząc wczoraj z przedszkola zapytał mnie, czy jutro pobawi się z Lenką kocurem. Akurat najbardziej zainteresowana ubierała się naprzeciwko, nie będę robił za pośrednika czy swatkę, niech sam załatwia swoje sprawy...
I wdali się w rozmowę, językiem trzylatków. Zacytować, odtworzyć nie jestem w stanie, zbyt duża bariera językowa. Grunt, że się dogadali.
W międzyczasie z tatą Lenki odkryliśmy, że kotkiem czasem się bawią razem, ale czasem mój aniołek brutalnie go zawłaszcza ! Trzeba mu będzie zrobić ćwiczenia z poprawnego traktowania płci pięknej.
Jak się rozgadali, to wyszło ma jaw, że do Lenki przychodzi w nocy szary duch z wielkimi oczami, a Jaśka nawiedza mięsożerny dinozaur . O ile ja do powstania legendy dinozaura się przyczyniłem, to tata Lenki zrobił oczy wielkie jak ten duch. Może Ją mama usypia ?
Ale obaj byliśmy w szoku, jakie słownictwo bogate mają, i jak świetnie takie nagle człowieczki wymieniają myśli, wrażenia, odczucia i marzenia. No, czyli komunikacja społeczna rozwija się. A Młody co drugi dzień opowiada, jak się kotkiem bawił, i że go Lence nie zabierał. Ciekawe, ile w tym prawdy, a ile dziecięcej fantazji
Wychodząc wczoraj z przedszkola zapytał mnie, czy jutro pobawi się z Lenką kocurem. Akurat najbardziej zainteresowana ubierała się naprzeciwko, nie będę robił za pośrednika czy swatkę, niech sam załatwia swoje sprawy...
I wdali się w rozmowę, językiem trzylatków. Zacytować, odtworzyć nie jestem w stanie, zbyt duża bariera językowa. Grunt, że się dogadali.
W międzyczasie z tatą Lenki odkryliśmy, że kotkiem czasem się bawią razem, ale czasem mój aniołek brutalnie go zawłaszcza ! Trzeba mu będzie zrobić ćwiczenia z poprawnego traktowania płci pięknej.
Jak się rozgadali, to wyszło ma jaw, że do Lenki przychodzi w nocy szary duch z wielkimi oczami, a Jaśka nawiedza mięsożerny dinozaur . O ile ja do powstania legendy dinozaura się przyczyniłem, to tata Lenki zrobił oczy wielkie jak ten duch. Może Ją mama usypia ?
Ale obaj byliśmy w szoku, jakie słownictwo bogate mają, i jak świetnie takie nagle człowieczki wymieniają myśli, wrażenia, odczucia i marzenia. No, czyli komunikacja społeczna rozwija się. A Młody co drugi dzień opowiada, jak się kotkiem bawił, i że go Lence nie zabierał. Ciekawe, ile w tym prawdy, a ile dziecięcej fantazji
Subskrybuj:
Posty (Atom)