Człowiek wraca zmęczony z pracy... Ma ochotę chwilę nic nie robić... Dłuższą chwilę. Włącza dziecku telewizor, idzie parzyć kawę. Z obawą, bo zmienili program, zniknął ulubiony Ciekawski George, jego miejsce zajęła Mama Mirabelle... Niepokojące, przy Georgu miałem 15 minut dla siebie. Ale nie jest źle, obejrzał, udało mi się zdobyć kawę Po chwili jednak Młody wparował do mojego azylu w kuchni. Z okrzykiem, że musimy uratować Zebcię, ma chore kopytko. O dziwo, biedną Zebcię zlokalizował w piekarniku. Oczywiście, na ratunek przyjechał wozem strażackim, jakże by mogło być inaczej Instynkt nauczyciela mi się włączył,choremu zwierzątku musi pomóc pan doktor z karetki. Przyniósł mi karetkę, żebym też mógł się bawić Chyba nie miałem wyjścia...
Tak więc dwa ludziki weszły do piekarnika. Doskonała okazja do wdrażania zasad pierwszej pomocy. Skoro Zebcia ma złamane kopytko, trzeba je opatrzyć, skleić gipsem, założyć opatrunek, nakleić plasterek. O naiwny ojcze ! Przecież jej w kopytko wszedł kamień ! Dobrze, że chociaż doktor mógł się nią zająć, nie tylko strażak. Potrzebował do tego narzędzia, akurat pod ręką znalazł się toporek strażacki. Lepszy rydz niż nic, młody McGyver rośnie Stuk stuk, kamyk wypadł, szur szur, opatrunek też założony, obaj coś wymyśliliśmy do zabawy. Wilk syty i owca cała... Ale nie odjeżdżamy, nagle okazało się, że Zebcia jest utknięta i nie może się wydostać skądś. Całe szczęście, że wraz z, karetką przyjechał strażak, mógł się wykazać. Po chwili Zebcia mogła spokojnie odejść dalej z Mamą Mirabelle i Kizią, wombatem z Australii, która przyjechała w gości. Mogę wypić kawę ?
NIE. Tym razem Zebcia uszkodziła kopytko w szafie. Potem na komodzie. Na kołdrze. W drugiej szafie. W pralce. Za fotelem. Na parapecie. I tak zeszło popołudnie... Kawa wystygła, kilka łyków w locie połknąłem.
Sam tego chciałem Podobno. Decyzja o pierwszym dziecku jest zupełnie nieświadoma
Tak więc dwa ludziki weszły do piekarnika. Doskonała okazja do wdrażania zasad pierwszej pomocy. Skoro Zebcia ma złamane kopytko, trzeba je opatrzyć, skleić gipsem, założyć opatrunek, nakleić plasterek. O naiwny ojcze ! Przecież jej w kopytko wszedł kamień ! Dobrze, że chociaż doktor mógł się nią zająć, nie tylko strażak. Potrzebował do tego narzędzia, akurat pod ręką znalazł się toporek strażacki. Lepszy rydz niż nic, młody McGyver rośnie Stuk stuk, kamyk wypadł, szur szur, opatrunek też założony, obaj coś wymyśliliśmy do zabawy. Wilk syty i owca cała... Ale nie odjeżdżamy, nagle okazało się, że Zebcia jest utknięta i nie może się wydostać skądś. Całe szczęście, że wraz z, karetką przyjechał strażak, mógł się wykazać. Po chwili Zebcia mogła spokojnie odejść dalej z Mamą Mirabelle i Kizią, wombatem z Australii, która przyjechała w gości. Mogę wypić kawę ?
NIE. Tym razem Zebcia uszkodziła kopytko w szafie. Potem na komodzie. Na kołdrze. W drugiej szafie. W pralce. Za fotelem. Na parapecie. I tak zeszło popołudnie... Kawa wystygła, kilka łyków w locie połknąłem.
Sam tego chciałem Podobno. Decyzja o pierwszym dziecku jest zupełnie nieświadoma
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz