czwartek, 15 listopada 2012

Kałuże

Młody niedawno wymyślił nowa zabawę. Chodnik nie jest idealny, ma dziurki, dołki, wgłębienia, w których tworzą się mikrokałuże. Takie, że może dwa palce się zmieszczą. Dorosłe palce. Punkt widzenia i skala potomka są ciut inne. Obcas, pięta się mieści. Celuje więc, przymierza w skupieniu. Trafiony ! Z precyzją zegarmistrza. Grzebie jak kura, we wszystkie strony. Czyżby bawił się w pogłębiarkę ? Nie. Aaa, rozumiem. Wydłubuje wodę. Na zewnątrz, żeby dołek był pusty, suchy. I następny. I jeszcze jeden. Przy dwudziestym przestałem liczyć...

środa, 14 listopada 2012

Oszcządzam

Jak chyba wspominałem, Młody kolekcjonuje w skarpecie dwójaki. Pieniążki przydatne, pasują do bujających się autek i zwierzątek w sklepach, wózków w marketach. I do tego są śliczne dwukolorowe. Dlatego byłem w lekkim szoku, gdy nagle się przy jakiejś okazji uparł, że nie chce dwójaka tylko piątaka. Uparł się na całego, wykorzystując pełen wachlarz środków perswazji.
Gdy już szczęśliwy niósł w dłoni piątaka, zacząłem kombinować, w czym rzecz. Może zapragnął jakiejś zmiany w swoim życiu ? Kto pyta nie błądzi.
- Synuś, a po co Ci piątak ?
- Muszę zbierać w skarpetce.
Mam cichą nadzieję, że ma cel a nie ciuła dla samego ciułania. Kierunkuję pytanie.
- A na co zbierasz ?
- Na nowe Volvo...
Ups. Intryguje. Przecież stare jest super i ulubione.
- A po co nam inne Volvo ?
Eliminuje z tematu słowo nowe. Gram w Lotto, ale raczej nie spodziewam się większych wygranych niż dycha rocznie 
- Bo to jest już za małe.
Fiu fiu, czyta w moich myślach ? Synuś parę centymetrów wyrósł
Idąc tym tropem, sprowokowałem syncia, by powtórzył swoje kwestię przed najwspanialszą z żon. Taki mały męski teatrzyk. Dziecku się nie odmawia 

Kobiety jakoś inaczej rozumują... Powrót na ziemię był szybki. Może częściej będę kupował Lotka ?

wtorek, 13 listopada 2012

Biegiem

Mój syn. Trzylatek. Chodzić nie umie. Biega, cwałuje, pędzi, galopuje, gna, skacze, goni... Chodzić ? Może kiedyś i tego się nauczy. Od dwóch lat w pionie jeszcze to mu się nie zdarzyło.
W drodze z przedszkola zaczął urządzać wyścigi. Trochę mi to na rękę, jesteśmy w domu o połowę czasu szybciej. Przy okazji kondycję poprawie. Ale jak wygląda facet w płaszczu, z teczką, parasolem, truchtający obok szkraba ? Śmiejący się przy tym głośno i pokrzykujący "Goń mnie !".
Najpierw młody wyrywa do przodu z okrzykiem "Nigdy mnie nie dogonisz !". Truchtem za nim. Czasem półsprintem. Doganiam. A jednak mi się uda  A on nie gra fair ! Odpycha mnie rękami, zanosząc się od śmiechu. W końcu mi się udaje, a on rechocze. Moja kolej. Gnam do przodu. Chwila wahania, może daje mi fory ? Już galopuje za mną. Wyprzedza. Rechot z zarumienionej buźki. I tak w kółko, co trzydzieści metrów zmiana prowadzącego.

Tylko czasem uzna, że musi odsapnąć. Rozsiada się na trotuarze. Czasem kuca. Lub klęka. Czasem zaczyna w tej pozycji śpiewać. Brakuje tylko karteczki "Zbieram na lekarstwo dla chorych rodziców" 

Albo dla relaksu postanawia sfotografować owieczkę. Daje mu komórkę już bez dyskusji. Dostosowałem się. Rzut owieczka na ziemię. Pstryk. Makro owieczki gotowe.

I po chwili pędzimy dalej. Ledwo zdążam chwycić zwierzaka za łapkę...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Za rączkę

Skąd mu się te pomysły biorą ?
Żyję nadzieją, że to przejawy inteligencji nie cwaniactwa. Ale w tyle głowy siedzi burzące spokój "nie masz cwaniaka nad warszawiaka" ... Pierwszy w rodzinie rdzenny. I nie do końca wiem, czy to powód do dumy, czy wstydu.

Względy bezpieczeństwa i tzw. zasady wskazują konieczność chodzenia z rękę. Przynajmniej w pewnych sytuacjach, okolicznościach podwyższonego ryzyka. Przejście przez ulicę, chodnik wzdłuż ruchliwej, garaż gdy nadjeżdża samochód.
Nie wiedzieć czemu, pierworodny potrafi wykazać się dużą inwencją, by tego uniknąć. Często po prostu przyziemnym fochem. Ale potrafi też błysnąć.
Kiedyś, z na pewno istotnego powodu, rzuciłem
- Daj rączkę.
Z powodu błahostki czy własnego widzimisię takich propozycji nie czynię. Szkoda czasu, nerwów. Zgodnie z zasadą oszczędzania energii. Odkryłem jakiś czas temu, że podstawowe zasady przetrwania zapożyczone z tzw. literatury łagrowej doskonale sprawdzają się przy obcowaniu z nadenergicznym potomstwem.
W odpowiedzi słyszę, bo czego innego można się spodziewać, lakoniczne
- Nie mogę.
Pewnie trzyma w ręce jakieś skarby - kamyk, pieniążek, zgnieciony listek. Ewentualnie ma brudną rączkę i nie chce mnie pobrudzić. Nie spieszyliśmy się, postanowiłem zgłębić temat. Po co od razu przechodzić do rozwiązań siłowych. Może się czegoś dowiem, zgłębię psychikę dziecka, poznam jego potrzeby.
- Przecież już SIĘ trzymam.
Intrygujące. Rzut oka w dół. Wszystko jasne. Jakie to samodzielne. Trzyma se jedną dłoń w drugiej, dumnie, ba, lekko hardo, patrzy mi w oczy uważając temat za zamknięty.

I co z takim zrobić ? Nie sposób się w takiej chwili nie roześmiać. Baczny mały obserwator nie przeoczy chwili słabości. Precedens więc powstał. Konsekwentność w jednej sekundzie bierze w łeb. A on to na pewno zapamięta...

sobota, 10 listopada 2012

Obowiązki domowe

Nie podejrzewałem, że tak banalny obowiązek domowy może być pretekstem do wyprawy .

Wyrzucanie śmieci. Zsyp na piętrze, 5 metrów do przejścia od drzwi. Góra 8.
Rzucam beztrosko "Idę wyrzucić śmieci" schylając się po worek. Niespodziewany odzew "Idę z Tooobą !". Ups, to jednak nie będą dwie beztroskie minuty samotności. "Gdzie mój śmieć ?". Cóż, jak na samodzielnego trzylatka przystało, nie zadowoli się pomocą w niesieniu. Na tą okoliczność czekają 2 samotne butelki po Coli czy mineralnej i pudełko po ryżu/soku/mleku/... Dzielnie dźwiga, dumnie. O, zapomniał kapci włożyć. Wielkie poszukiwanie, gdzież one mogą być... Znalazły się. Oczywiście nie w szafce, a pod stołem, za kanapą, koło wanny. Dziwnym trafem nagle od razu sobie przypomina, gdzie je posiał...
Wychodzimy. "Ja pierwszy !!!". Mam nadzieję, że tym razem też nie uda mu się trafić żeliwną klapą w czoło. Wrzuca swoje śmieci i macha tą klapą, żeby z łoskotem spadły. Wiem, u mnie to podpatrzył... Pomoc ? Nawet już takiej propozycji nie wysuwam. Spadły. Otwiera. "Tata, włóż swój śmieć". Nie mam wyjścia, uczy się pomagać. Może na starość poda mi szklankę wody  Mój worek też głośno spada.
Wracamy ? To byłoby zbyt piękne 
"Tata, zjedziemy na ósemę ?". W slangu oznacza to mniej więcej propozycję przejażdżki windą. Wolę jej nie odrzucać. Burzyć szczęście dziecka ? Latami budowaną więź i zaufanie ? Pasję odkrywcy i podróżnika ?
Więc wspinamy się schodami piętro wyżej. Stairways to heaven  Tam trzeba, tzn. potomek musi, nacisnąć guziczek . Czekamy na windę. Jest. Z godnością i spokojem wkraczamy do niej. Młody wciska ulubiona ósemę. Ledwo dosięga, ale daje radę.
Czasami winda mu nie pasuje. Uzna, że jest np. brudną. Albo za ciemna. Wówczas wysyłamy ją w dół i czekamy na drugą. Dobrze, że są dwie.
Po chwili zjeżdżamy na upragnioną, swojską ósemę. Wracamy.

"Co wy tam tak długo robiliście ?"
Mamy swoje męskie sprawy...

piątek, 9 listopada 2012

Jeże

Czekam sobie w przedszkolnym przedsionku na potomka. Wyłania się jak zwykle z dzikim okrzykiem "Tataaa !!!". Moment bezcenny. Ale... Coś wychodzi razem z nim... "Synuś, co to jest ?" "Jeż !!!". Ok. Pół ziemniaka, oczy z pinezek, kolce z wykałaczek. Na grzbiecie raczej irokez niż kolczasta kulka. Jeż buntownik ? Podany smakowicie na zielonym listku. Chyba niejadalny. A mi w brzuchu coś poburkuje 
Niesiemy więc jeża do domu. Schowanie go w bezpieczną otchłań teczki nie wchodzi w rachubę. Przecież musi mu pokazać świat i drogę do domu  Chwała Bogu, przestało podjąć. Jeż musi wędrować na liściu, żeby nie zmarzł. Dziwne, młody się o kogoś troszczy  Jakiś sukces wychowawczy więc odnieśliśmy. Albo przedszkolanka
Dzierży go dumnie przed sobą, poprawia, żeby nie spadł. Zrozumiał, że jeż nie lubi odpoczywać na mokrej ziemi. Listek by zmarniał. Oficjalnie jeż złapałby wilka. Kurczę, zrozumiał powiedzenie, czy mu żal biednego wilka ???
Duma go rozpiera. Młodego, nie jeża. Naprzeciw idzie kobiecina z psem. Jasiek z jeżem. Będzie konfrontacja ? Nie. Janko zagaja rozmowę
- Dzień dobry 
Pani z pieskiem lekko zaskoczona z uśmiechem odpowiada. Jeszcze nie wie, co ją czeka.
- Mam jeża. I listek !
Acha, na szczęście właścicielka Magica ma dobry humor i daje się wciągnąć w pogawędkę. Dowiedziała się, że Janko sam go zrobił bo jest jesień. W zamian, pozwoliła pogłaskać Magica. Młody w siódmym niebie.
W sklepiku rozparty dumą też się pochwalił. Nie dał sobie wmówić, że jeżyk może mu uciec.
- Przecież nie ma nóżek !
Korzyścią z posiadania nowego zwierzątka był jeszcze fakt, że uznał, że z jeżem nie można biegać. Ani wchodzić do kałuży. Ani myć go w, kałuży.
Doszliśmy. Idąc za ciosem, zrobiliśmy jeszcze dwa jeże. Jaś obdzwonił babcie oznajmiając im, że ma "całą rodzinę jeżów". I trzymając przy uchu słuchawkę pokazywał im palcem : "Mama Tata i Jaś". On w ogóle lubi pokazywać coś do telefonu. Może w jego czasach wideorozmowy będą normą 

Ciekawe, co przyniesie jutro...


czwartek, 8 listopada 2012

W kałuży

Z dzieciństwa przypomniał mi się taki wierszyk:
"Już od rana na podwórzu 
wśród patyków i wśród liści 
przycupnęli nad kałużą 
pracowici kałużyści. 
Wygrzebują brud z kałuży, 
niech kałuża będzie czysta! 
Pełne ręce ma roboty 
każdy dobry kałużysta! 
Rękawiczką i chusteczką 
dwóch błocistów chodnik czyści. 
Obrzucają się szyszkami 
bardzo dzielni szyszkowiści. 
Dwie kocistki pod ławeczką 
cukierkami karmią kota... 
Świątek, piątek czy niedziela 
na podwórku wre robota!"

Nie mam pojęcia, dlaczego wszystkie znane, nieznane na pewno też, dzieciaki uwielbiają kałuże. Sam zobaczywszy deszcz czułem dreszcz ekscytacji. Wiedziałem, że jak uda mi się namówić rodziców na wyjście na zewnątrz, każą mi włożyć kalosze. I wybiegne z tupotem w kałużkę, chlup, plusk, rozbryzgując wkoło fontannę.
I pewnie dlatego nie spinam się dzisiaj, nie drę się "stój, będziesz mokry, zmarzniesz, przeziebisz się, będziesz chory nudził się w domu, mama będzie się gniewać, przyjdzie dinozaur, policjant, .........". Ba, ja z zazdrością patrzę na galop przez kałuże, w tle iskrzy myśl o kupnie gumofilców w kratkę, nawet bez kratki. Też tak chcę ! To jest fun, jak woda wdziera się do gumniaka od góry, spodnie można wyżymać przynajmniej do kolan.

Szliśmy do domu w deszcz, gumowa peleryna, ja miałem w ręce parasol. Co mi tam, niech pohasa. Wtem... Hop, bęc, plusk, ślizg. Patrzę, w bryzgach błota pierworodny sunie, pędzi na brzuchu przez kałużkę jak motorówka Marszałka. Oczywiście zaraz szloch. A ja kurczę płaszczyk, garniturek, krawacik. Też mi się elegancji zachciało, powinienem w dresie chodzić. Jak połączyć dress-code z odbieraniem dziecka z przedszkola ???
Więc biorę mokrą wydrę w dwa palce, chusteczka, schowam wierzchnią warstwę bagniska, przestaje przypominać Jozina s bazin, cały, krwi czy ran szarpanych nie dostrzegam. Powód szlochu zaraz się wyjaśnił, przecież to oczywiste. "Jestem caaałyyy moookly i nie mogębiegać po kałużkaaaach". Jasne. I co z nim zrobić ? Płaszcz do czyszczenia ? Eee, nie chce mi się go taszczyć, niech ćwiczy charakter  I szedł taki, sztywny jak cyborg, szeroko rozstawione nogi, bo mokro, krokiem robota, ręce szeroko, trochę jak Godzilla, lekko pociągając nosem, bo już, nie może po kałużkach... W sumie teraz mógł, już i tak był cały mokry 

Chlipy nie są moim ulubionym dźwiękiem, wychodzi na wierzch męska bezradność wobec łez. Łatwiej sobie poradzić z radosnym, niczym nie sprowokowanym buntem. Ale błysnęła, o dziwo, w mej głowie myśl o pogawędce dydaktyczno pocieszającej. Więc opowiadam jemu, kontrolując uwagę słuchacza, jak to za młodu porą roztopów wędrowałem trasą szkoła dom, i ujrzałem piękna ogromną kałużkę. Tak się do mnie śmiała, tak zapraszała, jak zalotna urocza panienka. Błąd, w tym wieku to żadna zachęta  Jak ogromna remiza pełna lśniących wozów strażackich. Ta alegoria bardziej przemawia do potomka na razie  Spojrzał w moją stronę, pociągnął nosem, chyba się lekko zaciekawił. Ciągnę więc. I z rozmachem, krokiem marszowym, z przychlupem, wdepnąłem w kałużę. I... Pauza krótka, teatralna, dla zbudowania nastroju... Na spodzie był czysty piękny mokry lód, i z impetem usiadłem w środku kałuży. Usta młodego drgnęły w grymasie uśmiechu. W oku błysk. Nie wiem, czy nadziei że tatko okaże się człowiekiem nie superbohaterem, czy szelmowsko ironiczny, kpiący. "I płakałeś ?". Dobrej odpowiedzi nie ma. Ego każe zaprzeczyć. Ale jak to zniesie jego psychika ? Nie ma c co ryzykować. Stanęło na kompromisowym trochę. Potem z zapałem i przejęciem opowiadał mamusi, że tatuś jak był malutki też trochę płakał. Chyba trafiłem 

Doszliśmy do domu, szybkie przebieranie i osuszanie, czemu woda na gorąca herbatę tak długo się gotuje ?