Z dzieciństwa przypomniał mi się taki wierszyk:
"Już od rana na podwórzu
wśród patyków i wśród liści
przycupnęli nad kałużą
pracowici kałużyści.
Wygrzebują brud z kałuży,
niech kałuża będzie czysta!
Pełne ręce ma roboty
każdy dobry kałużysta!
Rękawiczką i chusteczką
dwóch błocistów chodnik czyści.
Obrzucają się szyszkami
bardzo dzielni szyszkowiści.
Dwie kocistki pod ławeczką
cukierkami karmią kota...
Świątek, piątek czy niedziela
na podwórku wre robota!"
Nie mam pojęcia, dlaczego wszystkie znane, nieznane na pewno też, dzieciaki uwielbiają kałuże. Sam zobaczywszy deszcz czułem dreszcz ekscytacji. Wiedziałem, że jak uda mi się namówić rodziców na wyjście na zewnątrz, każą mi włożyć kalosze. I wybiegne z tupotem w kałużkę, chlup, plusk, rozbryzgując wkoło fontannę.
I pewnie dlatego nie spinam się dzisiaj, nie drę się "stój, będziesz mokry, zmarzniesz, przeziebisz się, będziesz chory nudził się w domu, mama będzie się gniewać, przyjdzie dinozaur, policjant, .........". Ba, ja z zazdrością patrzę na galop przez kałuże, w tle iskrzy myśl o kupnie gumofilców w kratkę, nawet bez kratki. Też tak chcę ! To jest fun, jak woda wdziera się do gumniaka od góry, spodnie można wyżymać przynajmniej do kolan.
Szliśmy do domu w deszcz, gumowa peleryna, ja miałem w ręce parasol. Co mi tam, niech pohasa. Wtem... Hop, bęc, plusk, ślizg. Patrzę, w bryzgach błota pierworodny sunie, pędzi na brzuchu przez kałużkę jak motorówka Marszałka. Oczywiście zaraz szloch. A ja kurczę płaszczyk, garniturek, krawacik. Też mi się elegancji zachciało, powinienem w dresie chodzić. Jak połączyć dress-code z odbieraniem dziecka z przedszkola ???
Więc biorę mokrą wydrę w dwa palce, chusteczka, schowam wierzchnią warstwę bagniska, przestaje przypominać Jozina s bazin, cały, krwi czy ran szarpanych nie dostrzegam. Powód szlochu zaraz się wyjaśnił, przecież to oczywiste. "Jestem caaałyyy moookly i nie mogębiegać po kałużkaaaach". Jasne. I co z nim zrobić ? Płaszcz do czyszczenia ? Eee, nie chce mi się go taszczyć, niech ćwiczy charakter I szedł taki, sztywny jak cyborg, szeroko rozstawione nogi, bo mokro, krokiem robota, ręce szeroko, trochę jak Godzilla, lekko pociągając nosem, bo już, nie może po kałużkach... W sumie teraz mógł, już i tak był cały mokry
Chlipy nie są moim ulubionym dźwiękiem, wychodzi na wierzch męska bezradność wobec łez. Łatwiej sobie poradzić z radosnym, niczym nie sprowokowanym buntem. Ale błysnęła, o dziwo, w mej głowie myśl o pogawędce dydaktyczno pocieszającej. Więc opowiadam jemu, kontrolując uwagę słuchacza, jak to za młodu porą roztopów wędrowałem trasą szkoła dom, i ujrzałem piękna ogromną kałużkę. Tak się do mnie śmiała, tak zapraszała, jak zalotna urocza panienka. Błąd, w tym wieku to żadna zachęta Jak ogromna remiza pełna lśniących wozów strażackich. Ta alegoria bardziej przemawia do potomka na razie Spojrzał w moją stronę, pociągnął nosem, chyba się lekko zaciekawił. Ciągnę więc. I z rozmachem, krokiem marszowym, z przychlupem, wdepnąłem w kałużę. I... Pauza krótka, teatralna, dla zbudowania nastroju... Na spodzie był czysty piękny mokry lód, i z impetem usiadłem w środku kałuży. Usta młodego drgnęły w grymasie uśmiechu. W oku błysk. Nie wiem, czy nadziei że tatko okaże się człowiekiem nie superbohaterem, czy szelmowsko ironiczny, kpiący. "I płakałeś ?". Dobrej odpowiedzi nie ma. Ego każe zaprzeczyć. Ale jak to zniesie jego psychika ? Nie ma c co ryzykować. Stanęło na kompromisowym trochę. Potem z zapałem i przejęciem opowiadał mamusi, że tatuś jak był malutki też trochę płakał. Chyba trafiłem
Doszliśmy do domu, szybkie przebieranie i osuszanie, czemu woda na gorąca herbatę tak długo się gotuje ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz