Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 marca 2014

Górskie opowieści

Czasem wieczorami, między czytaniem a zasypianiem, coś sobie z Młodym opowiadamy. Zaczynam od czegoś ciekawego, z myślą edukacyjną, a potem to już nam się toczy rozmowa i myśli meandrują w bardzo nieoczekiwanych kierunkach.
Ostatnio w ramach zaszczepiania mu zainteresowania górami zacząłem mu opowiadać, co widziałem i przeżyłem w czasie niedawnych spacerów po podnóżu Tatr. Opowieści rozwinęły nam się w kierunku, jak zwykle, trochę nieoczekiwanym.
Więc... Jednego wieczoru zacząłem od tego, jak szedłem po świeżym śniegu, nieskalanym jeszcze ludzką stopą. Jedynym śladem życia były chyba lisie tropy, które wskazywały mi kierunek marszu. Jasia możliwa obecność lisa mocno zaniepokoiła. Przecież zwierz mógł mnie zjeść ! Niepokój dziecka okazał się tak silny i głęboki, że resztę wieczoru spędziłem na uspokajaniu go i tłumaczeniu, jak należy się zachować przy nieoczekiwanym spotkaniu z rudzielcem. Wyszedłem na pogromcę dzikich zwierząt :)
Innym razem opowieść zacząłem od pogrążonych we mgle bacówek. Hale, juhasi, owieczki. Sielanka i magia. Obrazek wyewoluował nam w opowieść o owieczce, która poszła na spacer i się zgubiła w lesie. Na szczęście spotkała lisa ("takiego przyjaznego, nie złego !!!"), który pomógł jej i odprowadził do domu. A po drodze mieli kilka przygód, jak ognisko i przekraczanie strumienia. A mi się przypomniała z dzieciństwa chyba autorska bajka, opowiadana w kółko przez Babcię w łóżku z prawdziwą pierzyną, o lisku dzidziusiu, który z pomocą różnych zwierząt znalazł drogę do domu...

Lubię te nasze wieczorne opowieści i zabawy. Taka chwila tylko dla nas, większej bliskości niż przy czytaniu, gdy spokojnie rozmawiamy. Bez codziennego pośpiechu, rozgardiaszu, my i rozmowa. Skupieni. Wchodzimy w nasz świat wyobraźni i zanurzamy się w nim.
A ja mam nadzieję, że Synek te chwile zapamięta i staną się wspomnieniem, ważną częścią "kraju lat dziecinnych"...

wtorek, 11 marca 2014

Narty

Plany na wyjazd miałem zupełnie inne. W dodatku chyba przedwczesne dla Jaśka. I niezbyt dopasowane do pory roku, mojej nieznajomości terenu i wielu innych czynników. I chyba dobrze wyszło. Ostatecznie Junior spędził tydzień ucząc się jeździć na nartach.
Sam nie jeżdżę. Jako dzieciak trochę jeździłem. Potem w latach studenckich trochę próbowałem. Nawet jakoś mi szło. Do chwili, gdy zobaczyłem czyjeś narty przed sobą, własne nad sobą... I w jednej chwili stwierdziłem, że spacer na grzańca jest jednak bardziej bezpieczny ;)
Poza tym raczej uważałem ten sport za modę, bezkrytyczną, bezmyślną, wg schematu - latem plaża bądź żagle, zimą narty, jesienią wódka. I narciarzy za tłum robiący hałas, tłok i snobistyczno reklamowy oczopląs w górach - czyli tam, gdzie te zjawiska nie są potrzebne. Ot, takie jest moje subiektywne zdanie.

A tu Junior wylądował na stoku pod okiem fachowców. W dodatku fachowcy orzekli, że całkiem dobrze sobie radzi. I jest zachwycony w dodatku ! Przez tydzień z zapałem znikał nam na pół dnia z oczu. Po tygodniu zaprezentował nam nabyte umiejętności. - byliśmy w szoku ! Oczywiście pierwszy zjazd pokazowy był zatytułowany "patrzcie jak szybko umiem jeździć !". I na krechę ! Tylko o dziwo na końcu oślej łączki bardzo sprawnie zahamował !
A potem...
Za instruktorem, slalomikiem między dmuchanymi misiami, i trafił w bramkę na końcu..
Cóż, w tydzień osiągnął mój poziom panowania nad dwiema niesfornymi deskami ;) Nie chwaląc się, niezły jest. Chyba ciocia rzuciła na niego urok, trzeba odczynić. Mnie pociesza tylko, że spytał, czy jak będzie duży to wezmę go w góry na wycieczkę...

poniedziałek, 10 marca 2014

Ambicje Tatki - Kopieniec

W ramach odświeżania pasji, stylu życia, zachęcony wycieczką na Kondratową Halę, było mi mało. Patrzyłem w mapę, w niebo, gdziebytupójść dnia następnego. Ale tak - zima jest, ślisko jest, w potencjalne lawinisko sam nie pójdę, raków ani choćby kijów nie mam... Trzeba coś lekkiego wymyślić. Nosal ? Podobno ślisko. Murowaniec ? Jeszcze się nie odważę w tych warunkach. Dolina Kościeliska lub Chochołowska ? Trzeba by podjechać, nie chce mi się.
Mapa, Internet - o, Kopieniec, brzmi obiecująco i rozsądnie. Z Kuźnic tam i z powrotem na nogach przez las, bez lawinowych jarów po drodze, lekka mgła nie zaszkodzi, a wręcz doda klimatu. Decyzja - idę. Plecak zaopatrzony, tup tup, brama TPN, stuptuty na nogi, łyk wody i do przodu. Ostro w górę kamienistą drogą, jak na początku większości szlaków. Jakoś mi idzie. Rozdroże szlaków. Kusi lekko strzalka z napisem Gąsienicowa, ale zapał studzi tablica "Lawiny". Skręca tam jakaś para - do plecaków przytroczone czekany - ocho, taki mocny to ja nie jestem. Dreptam dalej swoją ścieżką. Drugie rozdroże - Nosal ? Wygląda spokojnie, ale obiło mi się uszy, że bywa ślisko i niebezpiecznie. Bez raków w tych warunkach się nie odważę. Dziecko z żoną czekają na mój powrót. Zanurzam się w las.
W lesie zima w pełni, ośnieżone choinki, lekka mgła, ścieżka lekko przysypana puchem. Patrzę na ślady, dzisiaj przede mną szedł tędy tylko lis albo pies. Wiem, że kilka minut za mną idzie podobny do mnie samotnik, trochę raźniej zawsze.
Las. Brakuje całych jego połaci po jesienno-zimowych huraganach. Zamiast sosen sięgających nieba - na ośnieżonym zboczu leżą pnie, poukładane jak bierki Wyrwidębów. Leżą na zboczu, które przecina moja ścieżka. Idę dalej, w duszy lekki niepokój - a jak te bale drgną, potoczą się nagle w dół drewnianą lawiną ? Staram się iść delikatnie, bezszelestnie, nie prowokując ich do jakiejkolwiek aktywności. Doszedłem do lasu, ulga w duszy.
Rozdroże. Drzewa tu były przed wichurą, więc wraz z nimi zniknęły oznaczenia szlaku. Mapa, kompas, studiuję ukształtowanie terenu - chyba powinienem iść prosto. Postanowiłem zaufać zwierzakowi, który idąc wcześniej zostawił ślady w świeżym śniegu. W końcu on chyba lepiej zna teren. Intuicja mnie na szczęście nie zawiodła, czworonóg miał rację :)
I dotarłem na łąkę, halę, Olczyńską Polanę opanowaną przez mgłę i śnieg. Na środku drewniana bacówka. Widoczność - powiedzmy 10 metrów. Z panoramy Tatr nici, ale zawsze lubiłem wędrówki w białej nicości. Krótki odpoczynek, kabanos przegryziony czekoladą, i w drogę dalej. Zegarek mówi, że jednak uda się wejść na Kopieniec. Więc w drogę. Mostek nad strumieniem i znowu w las. Droga coraz stromiej pnie się w górę, śnieg coraz mniej utrzymuje stabilność nóg. Lód pod cienką warstwą puchu, schodzę w bok, lasem łatwiej. W głowie myśl - jeszcze trzeba będzie zejść, możebytak odpuścić i zawrócić ? Ale tragedii nie ma, zawsze mogę zejść od drzewa do drzewa. Albo metodą tradycyjną - dupoślizgiem :) Więc pnę się w górę w gęstniejącej mgle. Coraz gorzej, metr po metrze. Ale po śladach widzę, że ktoś dwunogi bez raków tędy szedł dzisiaj, męska ambicja działa niezawodnie ;) Jest szczyt. Nawet jacyś ludzie. Swoi, turyści starej daty, niedzielni wycieczkowicze w takich warunkach nie zapuszczają się w granice TPNu. Kilka słów. We mgle majaczą zarysy bacówek, jak w baśni. Drewniane stare domki, w których juhasi chronili się przed zimnem i wilgocią. Osiedle ze snu, z innego czasu. Zagubione we mgle i czasie...
Herbata z termosu, kabanos z czekoladą, parę słów ze spotkanym turystami  i w dół. Optymalna okazała się metoda lasem od drzewa do drzewa :)
Znów bacówka na pokrytej mgłą hali,  a na ławce przed nią siedzi Rumcajs. Samotny Włóczykij, starszy, z długą brodą. Patrzy w mgłę.
- Hej.
- Hej.
Dosiadłem się. Bez słowa zjedliśmy po pajdzie chleba, opróżniliśmy kubki z herbatą, zapaliliśmy, popatrzyliśmy w mgłę, kontemplując chwilę. I mgłę. Nie rozważając, co się za nią kryje. Przyjmując świat jakim jest w tym momencie, dziwiąc się jego urokowi jak dziecko.
- Dobrego dnia.
- Dobrego.
I każdy ruszył w swoją stronę.
Po dłuższym spacerze z żalem dostrzegłem blichtr reklam przy dolnej stacji kolejki na Kasprowy...

sobota, 8 marca 2014

Ambicje Tatki - Hala Kondratowa

Będąc tutaj dwa lata temu zaciągnąłem Rodzinę na Kalatówki. W ramach projektów "wspólnie w górach" i "czym skorupka za młodu". W dodatku zamiast bokiem szlakiem łagodnym przez las - wredną stromą kamienistą drogą. Przesadzam - kamienie były pod śniegiem. Czyli było ślisko. Nie wiadomo co gorsze. Udało nam się dojść. Pół drogi ciągnąłem sanki z coraz cięższym dwulatkiem. Drugie pół - niosąc go "nabaranie". Wciągnął się w klimat owieczek i juhasów. Chyba pobiliśmy rekord najdłuższego czasu podejścia na Kalatówki. Po wejściu nawet nie pamiętam, czy był jakiś widok ładny na góry... Trochę zjedliśmy, trochę biegaliśmy za dzieckiem. Normalne hobby rodziców dwulatków. Potem Udało nam się zjechać w dół na sankach i pupach. Byliśmy. I tyle.

Dwa lata później postanowiliśmy tej wyprawy nie powtarzać. Tylko mnie ciągnęło w góry. Męska trudna decyzja - idę sam, jak kilkanaście lat temu. Idę nawet kawałek dalej. Chyba musiałem sobie udowodnić, że jestem nadal w stanie przejść dalej niż do garażu :) Faceci w moim wieku tak miewają. Może też pobyć sam ze sobą i przewartościować, przemyśleć kilka spraw ? Choćby to, że też mam prawo czasem coś dla siebie zrobić ? Tu odzywa się też pępowina - żeby Młody miał Tatkę, który robi coś fajnego, pokazać mu wzorzec, żeby kiedyś pomyślał "Mój staruszek to jest gość, kiedyś też chcę te fajne rzeczy robić".

I polazłem sobie na Halę Kondratową. Przez śnieg, mgłę i oblodzonym szlakiem. Doszedłem. Ponad mgłę. Nawet do schroniska nie wszedłem. Tradycyjnie skorzystałem z herbatki w termosie, chleba i kabanosa. Z widokiem na grzbiet Giewontu z jednej strony, i zbocza doliny z drugiej. Chyba tego było mi trzeba. Sięgnąć, wyjąć na wierzch siebie samego sprzed lat. Z sukcesem udało się wyjąć coś, co było sednem mnie lata temu. Chłonąłem miejsce i majestat żlebów.

Przy okazji potraktowałem spacer jako rekonesans na przyszłość. Nie wiem co jest pod śniegiem na ścieżce. Ale latem pewnie spróbowałbym już Młodego zabrać. Jeśli by się nie znudził - dałby radę. Chyba. Lekkie podejścia przez las. Pod warunkiem, że na Kalatówki bokiem, niebieskim przez las, a nie brukiem ostro w górę. W warunkach bieżących - sam zastanawiałem się czy nie zawrócić, bo zejście po lodzie bez jakichkolwiek raków nie było zbytnio atrakcyjne... Mocno techniczne za to, nawet na takiej spacerówce...

Więc - z dzieckiem na Kondratową można. Jeżeli jest sucho i ładnie. W lecie bym próbował, teraz - sam myślałem o zakupie raków czy choćby kijków...

czwartek, 6 marca 2014

Ambicje Tatki - Kasprowy

Chciałem dziecku pokazać kawałek gór. Zarazić go nimi. Może za wcześnie, może nie. Miałem pomysł. Nawet kilka. Jednym z nich był wjazd wyciągiem na Kasprowy. Jasiek miłośnik kolejek, opowiadałem mu o wyciągu, dla czterolatka to większa atrakcja niż widok panoramy Tatr. Byłem na dobrej drodze do sukcesu.
Cóż... Dziecko poszło do szkółki narciarskiej.  Moje ambitne plany się zdezaktualizowały. Rano robi wielkie oczy i piszczy "Tatusiu mogę na narty dzisiaj ?". Odmówić nie mam serca.z ciężkim sumieniem przytakuję, co powoduje szał radości dziecka. Z tonu widzę, że chyba czuje, że nie jestem takim obrotem rzeczy zachwycony.
Więc... Dziecko oddane pod opiekę zaprzyjaźnionej szkółki narciarskiej, trzeba coś z czasem zrobić. Niech już będzie ten Kasprowy, bez dziecka. Rzadka okazja pobyć sam na sam z żoną, bez wymyślania zabaw, atrakcji i nerwowego rozglądania się wkoło. Wjeżdżamy. Wyciągiem. Już wiem, jak to wygląda. Widoków niewiele, chmury. Ciekawe, czy taki pełny ludzi, nowoczesny wagonik by go zachwycił ? Nie wiem. Kiedyś się przekonamy.
Za to już wiem, że siedzący w chmurze nieznany stromy szczyt nie jest dla energicznego czterolatka. Nigdy tam nie byłem wcześniej, nie znam geografii 100 metrów wokół schroniska. Wiem, że gdzieś jest przepaść. Wiem, że widoczność sięgała w porywach 5 metrów. Wiem, że śnieg jest śliski. Już wiem, że nie jest to miejsce dla czterolatka. Już wiem, ze najpierw trzeba zrobić rekonesans terenu i zorientować się, czy jest sens ciągnąć tam najdroższego szkraba.

Ambitni tatusiowie ! Powściągnijcie swoje ambicje ! Przynajmniej na kilka lat. Może za kilkanaście lat założycie wspólnie raki i pójdziecie przez szczyty. Może za kilka lat weźmiecie szkraba na wycieczkę, za następny rok wyżej, potem wyżej i dalej, pokażecie mu nocleg w schronisku na glebie. Za kilka lat. Na razie większą atrakcją jest bałwan sanki narty.

Tylko cierpliwość stęsknionego za górami Tatki jest wystawiona na ciężką próbę...