wtorek, 11 marca 2014

Narty

Plany na wyjazd miałem zupełnie inne. W dodatku chyba przedwczesne dla Jaśka. I niezbyt dopasowane do pory roku, mojej nieznajomości terenu i wielu innych czynników. I chyba dobrze wyszło. Ostatecznie Junior spędził tydzień ucząc się jeździć na nartach.
Sam nie jeżdżę. Jako dzieciak trochę jeździłem. Potem w latach studenckich trochę próbowałem. Nawet jakoś mi szło. Do chwili, gdy zobaczyłem czyjeś narty przed sobą, własne nad sobą... I w jednej chwili stwierdziłem, że spacer na grzańca jest jednak bardziej bezpieczny ;)
Poza tym raczej uważałem ten sport za modę, bezkrytyczną, bezmyślną, wg schematu - latem plaża bądź żagle, zimą narty, jesienią wódka. I narciarzy za tłum robiący hałas, tłok i snobistyczno reklamowy oczopląs w górach - czyli tam, gdzie te zjawiska nie są potrzebne. Ot, takie jest moje subiektywne zdanie.

A tu Junior wylądował na stoku pod okiem fachowców. W dodatku fachowcy orzekli, że całkiem dobrze sobie radzi. I jest zachwycony w dodatku ! Przez tydzień z zapałem znikał nam na pół dnia z oczu. Po tygodniu zaprezentował nam nabyte umiejętności. - byliśmy w szoku ! Oczywiście pierwszy zjazd pokazowy był zatytułowany "patrzcie jak szybko umiem jeździć !". I na krechę ! Tylko o dziwo na końcu oślej łączki bardzo sprawnie zahamował !
A potem...
Za instruktorem, slalomikiem między dmuchanymi misiami, i trafił w bramkę na końcu..
Cóż, w tydzień osiągnął mój poziom panowania nad dwiema niesfornymi deskami ;) Nie chwaląc się, niezły jest. Chyba ciocia rzuciła na niego urok, trzeba odczynić. Mnie pociesza tylko, że spytał, czy jak będzie duży to wezmę go w góry na wycieczkę...

2 komentarze:

  1. Świetnie ;)
    My w góry jedziemy pojutrze. ;)
    Ale nienartowi jesteśmy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja to wręcz antynartowy jestem. Ale na wspólną łazęgę jeszcze kilka lat muszę poczekać :)

    OdpowiedzUsuń