Dziecko chore. Z ojcem w domu. Nie ma siłki. Trzeba mu zrobić obiad...
Wspinam się na szczyty własnych możliwości, wyżyny sztuki kulinarnej. Ryba ! Uwielbia ryby ! jakieś warzywa, delikatnie przyprawiona. No, ciut za dużo tłuszczu. Wyjątkowo się starałem...
Próbuję. Całkiem niezła wyszła, Dodaje frytki, ogóreczki malusie, niech nabiera sił przy ulubionym delikatnym posiłku.
- Tata, daj keczup do frytek.
Niech będzie... Gust mu się jeszcze wyrobi.
Wsuwa ogórki, fryty, rybę omija.
- Jasiu,a rybka ?
Bierze, wypluwa
- Jest bleee... Wyszła Ci dziś... Obrzydliwie !
Następnym razem dam mu pierogi z torebki...
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Obiad
niedziela, 26 kwietnia 2015
U dochtora
Więc jesteśmy chorzy.
Oczy czerwone jak wampir, ucho zatkane i boli, glowa boli - pakiet.
Jachu odwiedza więc lekarzy. Okulista zaliczony, kropelki do oczu przepisane. Pediatra zaliczony, antybiotyk poszedł w ruch. Za tydzień ma być zdrów jak rydz. Tydzień dzikich pomysłów przed nami, ale jak dojdzie do siebie, bo na razie główka boli, uszko nie słyszy, i w ogóle "wszystko boli, nawet włoski".
Po drodze załapaliśmy się na świetną panią lekarkę (potoczny doktor to mi przez usta nie przejdzie, dr to ja jestem, i to z przyrostkiem inż., a nie jakiś "mgr medycyny, lekarz pediatra", jak mają na identyfikatorach napisane ;) ). Badanie krwi, z paluszka. Oczywiście Młody lekko przestraszony, chowa paluszek w rękaw, " ja się boję ". Nie było źle, nie wyrywał się, nie trzeba było go pasami do łóżka wiązać. Ja w jego wieku stawiałem większy opór. Raz nawet wygrałem :)
Wyszedł, płacze, boli paluszek, tulę, uspokajam, pocieszam. W końcu myślę - sprawdzam. Może faktycznie coś nie tak...
- Jasiek, pokaż ten palec, zobaczymy.
Zdjął gazik, nic nie widać.
- Tata, patrz, nic nie ma, i przestało boleć !
Tak nagle :)
Aczkolwiek na widok otwierających się drzwi zabiegowego na wszelki wypadek wchodził pod krzesło.
Za to nasza pani doktor - przepraszam, mgr medycyny, lekarz pediatra - podeszła i spytała
- Jeszcze czekacie na pobranie ?
- Juz byliśmy
- Jak to, nic nie słyszałam ...
- Czego ?
- Płaczu i odgłosów walki...
Na to Jasiek
- A czemu miałem płakać ?
sobota, 25 kwietnia 2015
Las
Skoro juz zaczęliśmy sezon turystyczny :)
Najwspanialsza niedawno była na ze swoimi pracowymi przedszkolakami w lesie i stwierdziła, że tam jest tak ładnie, że musi nam to miejsce pokazać. Mi takich pomysłów nie trzeba dwa razy powtarzać :) Młodemu też :)
Więc, jak zwykle, zacząłem się pakować na wyprawę. Kompas, mapy, noże, turystyczne sztućce, latarka, sznurek, opatrunek osobisty Wojska Polskiego, światełka chemiczne i inne gromadzone skrzętnie gadżety. Druga Połowa zawsze patrzy na mnie w takich sytuacjach jak na kosmitę, a na miejscu stwierdza "ale dobrze, że mamy to mydło turystyczne i ręcznik" :) Czyli płynny odkażacz do rąk i taktyczny skrawek szmatki z mikrofibry ;)
Jedziemy.
- Rodzice... Musimy wracać... Zapomnieliśmy piłki...
Tym razem Najwspanialsza uratowała sytuację wyjmując piłkę z otchłani torebki :) Chyba ma tam bardzej przydatne rzeczy niż sznurek spadochronowy...
Dojechaliśmy. Goździkowe Bagno w okolicy Celestynowa. Idziemy mostkiem przez obrzeża bajorka, słońce, zapach lasu, brak komarów o tej porze roku, napawamy się widokiem, wypatrujemy krwiożerczych rosiczek, Małżowinka opowiada ciekawostki, sielanka. Przerywana od czasu do czasu krótkim pytaniem, kiedy wreszcie zagramy w piłkę... Nie tak szybko ! Trzeba wspiąć się jeszcze na wydmę, policzyć słoje ściętego drzewa, i właściwie po warto spróbować przejść po tym drzewie wzdłuż ćwicząc równowagę. Emocje rosną, bo pod drzewem rosną mocno kłujące krzaczki. Sukces osiągnięty, wiata turystyczna, czas na piknik. Kotlet w łapę, bułka w drugą, zjedzone, wreszcie można pokopać w piłkę. Przecież po to jeździ się do lasu :)
Za to mnie dopadł zespół niespokojnych nóg. Bo cosik krótka ta ścieżka była. Mapa na stół, kompas w rękę, studiujemy topografię okolicy. O ! Po drugiej stronie szosy są jeszcze jakieś bagna ! Leziem więc. Po szlaku. Młody poznaje oznaczenia turystyczne. Wycieczki "na azymut" dopiero na następnym etapie ;)
Trzymamy się szlaku. Młody ciągnie się za nami, chyba coraz bardziej zainteresowany, o co chodzi, gdzie i po co leziem, zamiast sobie piknik zrobić po prostu. Ja odkrywam niedoskonałości mapy i oznakowania szlaku. Juz wiem, gdzie powinniśmy skręcić. Kilkaset metrów wcześniej. Nic to, odezwała się we mnie dusza Włóczykija. Mniej więcej wiem gdzie jesteśmy, więc - odkrywamy świat. Skręcamy w las. - Wąska ścieżka, w poprzek rów, ciek wodny - hopsa - ale zabawa ! Za chwilę drugi, jakby szerszy, jakby głębszy, jakby bardziej stromo. Młody nie przeskoczy. I raczej go nie przerzucimy. Idziemy w górę "rzeki" szukać brodu. Brodu nie ma, ale jest dość szeroki mostek, czyli pień drzewa w poprzek. Ryzyk fizyk, udało się, wszyscy susi, Jachu dumny jak traper :)
Idziemy. Szlak skręca. Ale przed nami jakiś wał ziemny. Trzeba go zdobyć i zobaczyć, co tam się kryje. O rany... Bocianowe Bagno.... Jeziorko, z którego sterczy rosła brzezina. A między brzozami przechadza się dumnie w słońcu żywy wolny żuraw... Zniknął za przybrzeżnymi zaroślami. Tropimy.
- Jaś, cichuteńko, nie stawaj na te gałącki bo go spłoszymy...
- Na które gałązki ?! Na te ?! Tędy iść ?! Tata, a gdzie on jest ten żurawl ?!
Niedźwiedź by się ze snu zimowego zbudził...
Idziemy więc juz głośno dalej. Drugie jeziorko. Oczywiście wrzucanie patyków do wody, obserwowanie bawiących się w berka kaczek. Czekanie, czy Młody wreszcie wlezie w błoto po kolana. Na wszelki wypadek robię mu prezentację.
- Tu jest twarda ziemia, widzisz ? - tup, widzi i czuje - tu juz podmokła i niepewna - stąp spod buta jak z gąbki wyciskam z ziemi wodę - a tam jest bagno które wciąga...
Gdzie więc stanął Junior ? Na podmoklym.
- Przecież pokazałes, że tam jeszcze można !
Ech, trzeba jaśniej mu wyjaśniać...
Uczciwie powiem, że nie spodziewałem się takich krajobrazów tuż pod Warszawą... Krajobrazów juz zza Wisły, bagiennych, leśnych ostępów, przywodzących na myśl podmokłe niziny porośnięte brzozami, ciągnące się przez Białoruś hen za Moskwę, I rozlewiska wielkich rzek syberyjskich. Ok, poniosło mnie ;)
Wrócilismy zmęczeni, zachwyceni, z korzeniem w kształcie Koziołka Matołka, dwoma kijami stanowiącymi protoplastów kijów trekingowych :)
I postanowieniem, że za kilka lat wezmę tam Młodego o 4 rano, z aparatem fotograficznym na szyi, w kaloszach i dorwiemy tego żurawlia.
wtorek, 14 kwietnia 2015
OSP
Wracając z Żelazowej... Szukając jakiejś jadłodajni, bo w brzuchach zaczęło burczeć, a reklamowany zajazd okazał się nieczynny... Gdzieś przy drodze w Lesznie stała remiza OSP...
- Rodzice ! Tam jest remiza ! I strażacy coś robią przy wozach !!! Staniemy popatrzeć ?!
Właściwie dlaczemu nie ? Strażacy z reguły są sympatyczni. Podchodzimy.
- A mogę popatrzeć z bliska i wsiąść do wozu ?
- To się spytaj strażaków :)
Niech przełamuje nieśmiałość, w końcu wszystkiego w życiu za niego nie załatwimy ;)
- Dzień dobry. Jestem Jaś Mosiadz. A wie pani co ? Byliśmy na wycieczce w Żelazowej Woli, kupiłem sobie ołówek ! Mogę popatrzeć i wejść do prawdziwego wozu strażackiego ?
Strażacy okazali się, zgodnie z oczekiwaniami, sympatyczni :)
Szczęśliwy Junior obejrzał z bliska bosaki, węże i różne takie. Posiedział w wozie, za kierownicą i w przedziale dla drużyny. Widział aparaty tlenowe i ogromną apteczkę.
A ja dowiedziałem się, jak istotnym elementem wyposażenia wozu bojowego straży pożarnej jest zabawka. Pluszak. Lub jak tutaj, nadmuchany Kubuś Puchatek.
Pożar. Wypadek. Ranne przerażone małe dziecko. Substytut mamy, cień bezpieczeństwa...
Znam takich waryjotów, co na pewno zaraz zrobią akcję doposażania strażaków ;)
https://m.facebook.com/profile.php?id=605325016268240
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Żelazowa Wola
Cieplutko, milutko, słonecznie, sobota, czas za miasto :)
Jasiek podsunął nam pomysł - Chopin - więc Żelazowa Wola, względnie blisko. Jedziemy.
Oczywiście po drodze
- Jestem głodny !
- Daleko jeszcze ?
- Nudzi mi się...
- A co my tam w ogóle będziemy robić ? Nie lepiej byłoby pograć na komputerze ?
Dotarliśmy. Muzeum nieczynne. To znaczy trwa budowa nowej ekspozycji. Podobno dość nowoczesnej i fajnej, w kierunku obcowania z dźwiękiem i nastrojem miejsca, oszczędnej w eksponaty tradycyjne. Trzeba będzie w maju pojechac.
Za to sklepik z pamiątkami otwarty. Wyszliśmy z giętkim ołówkiem, temperówką w kształcie fortepianu i dwoma magnesami. Za to jakimś cudem bez pluszowego misia. Sukces. No, połowiczny chociaż :)
Park też był otwarty. I to za darmo. Więc, naprzód.
Z głośników rozmieszczonych w parku dobiegają dźwięki mazurków. Ogród ślicznie wypielęgnowany, sielanka. Przerwana głośnym okrzykiem
- Tata, zagrajmy wreszcie w piłkę ! Po co ją wzięliśmy ?!
Nie bardzo było gdzie, ale trochę pokopaliśmy wzdłuż alejki.
Szybko dotarliśmy nad wijącą się przed park Utratę.
- Tata, wodospad !
No, takie małe coś na kształt... Bliższe małemu uskokowi dna.
Weszliśmy na mostek. Swoją droga uroczy. Nauczyłem go klasycznej gry Puchatka w Misie - Patysie. Czyli który szybciej przepłynie pod mostem.
I odkryliśmy oczko wodne. Stawik ogrodowy. A w nim... Prawdziwe żaby !!! Żywe !!!
Tzn najpierw zobaczył ryby. Też żywe. Oczywiście chciał podejść jak najbliżej. Ja cały w nerwach. Przecież dzieć zaraz wpadnie, utopi się, przeliczyli, pobrudzi, panika. Tym bardzej, że równocześnie pilnowałem piłki... A ja wypatrzylem żaby. To zeszliśmy ku uciesze latorośli.
- Tata, tam też jest ! A ta nurkuje ! A ta wspina się do nas po gałązce, pomogę jej !
Pomoc patykiem skończyła się upadkiem żaby do wody.
A wszystko to przy sączących się leniwie z głośników dźwiękach etiud barkaroli i mazurków...
Teraz, gdy kto pyta, co robiliśmy w weekend, zgodnie odpowiadamy
- Byliśmy na wycieczce w Zelazowej Woli :)
- Super ! I co tam zobaczyliście ?
- Jak to co ?! Żaby !!!
I tylko Najwspanialsza wspomina czasem, że mogłem Jej w parku Chopina zrobić zdjęcie, a nie tylko żabom...
niedziela, 12 kwietnia 2015
Niebo
Idziemy ulicą. Piękna wiosna pogoda, błękitne niebo bez żadnej chmurki. Nawet najmniejszej. Podziwiamy.
- Tata, a czemu tam nie ma nikogo ?
- Że co ?!
- Nie widzę żadnych ludzi.
- Jakich ludzi ?
- No, pań i panów. Tych, co juz umarli.
Zaczynamy widać trudne, metafizyczne pytania...
Na razie wystarczył krótki wykład o dualiźmie duszy i ciała. Dusza jest niewidzialna i jest w główce i serduszku. Reszta to opakowanie. I duszy nie widać nawet superwzrokiem.
Na razie wystarczyło.
Muszę spróbować przewidzieć dalsze pytania. Nie dac się zaskoczyć następnym pytaniem.
sobota, 11 kwietnia 2015
Zajączek
Do mnie w dzieciństwie zając nie przychodził. Nie było takiego zwyczaju w rodzinie. Albo po prostu byłem niegrzeczny.
U Najwspanialszej bywał. Z czekoladkami. Wiadomo, dziewczynki są grzeczne. Lub bardziej przymilne.
Do Młodego przychodzi. W sumie do nas też, a co, trzeba nadrobić braki z dzieciństwa w latach kryzysu ;) Zresztą, Młody byłby smutny. "Tatuś, a do Ciebie nie przyszedł ? Przecież byłeś grzeczny...". I bek. Kiedyś to przerobiliśmy z okazji Mikołaja...
Młody właściwie to czekał na kolejne Lego. Jednak stwierdziłem, że wystarczy. I czas spełnić moje marzenie ;)
Szuka, szuka, gdzie ten Zając schował prezent... Jest ! Nie ten... "Tata, Zajączek przyniósł jakąś kurtkę wojskową, to na pewno dla Ciebie ! Też taką bym chciał !". No, jeszcze kilka lat i Junior osiągnie rozmiary minimalne pod odzież kontaktową. Współczuję Najwyrozumialszej...
Szukamy dalej. Ogromne pudło. Trzeba pomóc rozpakować. Młody tupie z niecierpliwości, ja powoli okrutnie rozkoszuję się chwilą. Ja wiem co jest w środku, On jeszcze nie ;)
- O rany ! Tatku ! Ale niespo, w życiu się nie spodziewałem, to najwspanialszych prezent w życiu !!!
Nawet cienia zawodu, że to nie Lego :) Trafiony :) Tor wyścigowy. W dzieciństwie miałem podobny. Tylko nazywał się Autodraha, a nie Carrera. Próba reanimacji się nie powiodła...
Na szczęście syn podzielił mój entuzjazm.
- Tata, ścigamy się ?
Pierwsza scysja przy układaniu
- Jasiek, powoli, to jest delikatne !
- Jachu, nie tak, pokażę Ci...
- Jan, zostaw, ja to zrobię !!!
Druga po uruchomieniu
- Jasiu, powoli, wypadasz z toru...
- Jasiek, wolniej, nie do końca gaz !
- Janek, jak się będziesz bawił w wypadki, to schowamy tor !!!
Ostatecznie znaleźliśmy wspólny sposób zabawy :) I w dodatku obaj byliśmy zadowoleni.
Tylko po co my obaj ubraliśmy się obaj odświętnie w garnitury, skoro dwa dni spędziliśmy na podłodze w pozycji półleżącej ? Ale za to pod krawatami ;)