Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiewiórki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiewiórki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 lipca 2014

Wujatki

Mamy gości pomagających ogarnąć temat wakacyjnego niedoboru urlopu. Babcia z Amelką opiekują się Jasiem. Właściwie to Babcia próbuje zapanować nad dwoma nadaktywnymi żyjątkami. W celu odciążenia Babci, choć odrobinę, wziąłem dzień wolnego. Z zaleceniem Najwspanialszej z Żon i Matek, abym zapewnił żyjątkom odpowiednie dla warunków stolycy rozrywki. Nawet podsunęła mi kilka pomysłów, jak rejs statkiem (stan Wisły za wysoki), CN Kopernik (może być straszna kolejka i problem z biletami), ZOO (mogą wpaść na wybieg słoni czy żyraf), skansen (100 km za miastem) czy zamek w Czersku (bez odrobiny cienia). Ja oczywiście miałem swoje pomysły, ale z dziewczynką do czołgu chyba głupio iść, na Starówce żar z nieba, Twierdza Modlin wydała mi się niezbyt ciekawa na ten dzień, żadnych imprez militarnych nie było, a sam stwierdziłem, że Zamek Królewski będzie nudny dla kilkulatków. Więc - trzeba zorganizować wyprawę w poszukiwaniu dzikiej przyrody, w chaszcze nieprzebyte. Wybór padł na Park Skaryszewski. Najbliżej :) W dodatku jedzie się tam tramwajem, dodatkowa atrakcja. I chwila chłodu...
Skoro dzika przyroda, to trzeba zacząć tropić zwierzynę. Konkretnie wujatki. Czyli wiewiórki. Rude. I dzikie. Na zanętę jesteśmy wyposażeni w paczkę orzeszków. Ziemnych. W łupinkach, nie solonych w puszce ;)
Dotarliśmy. Szukamy wujatek. Po drodze ze dwie mijamy, dzieci zachwycone, ale ja uparcie zmierzam w stronę "Wujatkowej Górki", gdzie zwykle  przebywają stadami. Tym razem... Cóż, chyba było im za gorąco, bo ledwie kilka rozproszonych spotkaliśmy. Zostaliśmy więc tropicielami wujatek.
Z początku dzieciaki nie wiedziały, jak ich szukać. Dostrzegałem jakąś w oddali, wskazywałem kierunek. Po kilku same zaczynały je dostrzegać że 100 metrów. Powoli, ostrożnie podchodziliśmy. Kusząc je odwiecznym
- Basia, Baśka, naści orzeszka.
Parkowe wujatki oswojone, wysuwały do nas pyszczki, brały orzeszki. Tylko... zaraz zlatywały się też wielkie czarne ptaszyska kradnące orzechy. Jasiek, dzielny obrońca przyrody, rozganiał je w obronie wujatek. Zabawę mieliśmy świetną. Dzieci też :)

Potem w domu opwiedziałem Najambitniejszej i Najbardziej Pomysłowej z Żon o przebiegu dnia. Cóż, chyba nie podzielała mojego entuzjazmu. Potem kątem ucha zasłyszałem, jak przez słuchawkę  opowiada swej Siostrze, a mojej Szwagierce
- Wiesz, jaką atrakcję dzieciom w mieście zapewnił Michu ? Karmienie wiewiórek !!!
Z otchłani słuchawki dobiegło parsknięcie śmiechu. Nawet nie tłumione. .. Szukałem oparcia we własnej Siostrze. Też nie znalazłem, za to uraczyła mnie opowieścią, jak to Jej mąż a mój Szwagier w ramach atrakcji dla dwulatki wziął Ją do marketu na dział motoryzacyjny, a potem na jedną rundkę na bujane autko. Fajnie.
Cóż, kobiety są jakieś inne...

wtorek, 17 września 2013

Kasztany

Jesień, wrzesień, więc wybraliśmy się na kasztany. Do najbliższego parku. Sprawdziłem na Wiki, jak wygląda drzewo rodzące kasztany. Wzięliśmy plecak, woreczki, spodziewaliśmy się obfitego łupu. Pełni zapału obeszliśmy całkiem spory park wzdłuż i wszerz. Cóż... Nie spotkaliśmy ani jednego kasztanowca.
Za to spotykaliśmy całe stadko wujatek (j. jasiowy - wiewiórek). A nie mieliśmy ani pół orzeszka, ciasteczka. Młody jednak jest urodzonym eksperymentatorem, w dodatku dość zaradnym. Postanowił sprawdzić, co te zwierzęta jedzą. Liśćmi nie były zainteresowane. Patyki wzbudzały reakcję odwrotną do pożądanej - wiały na najbliższe drzewo mając pełne gatki. Odkryciem okazały się szyszki. Wzbudzały zainteresowanie. Jaś rzucał. Wujatka podbiegała. Brała sysunię w łapki, wąchała i szła dalej. I następna. I jeszcze jedna. Nie najadły się, ale chociaż gimnastykę mialy :),Dobrze to im na figurę zrobi.

A kasztany znaleźliśmy następnego dnia w innym parku. Dwa.