Jesień, wrzesień, więc wybraliśmy się na kasztany. Do najbliższego parku. Sprawdziłem na Wiki, jak wygląda drzewo rodzące kasztany. Wzięliśmy plecak, woreczki, spodziewaliśmy się obfitego łupu. Pełni zapału obeszliśmy całkiem spory park wzdłuż i wszerz. Cóż... Nie spotkaliśmy ani jednego kasztanowca.
Za to spotykaliśmy całe stadko wujatek (j. jasiowy - wiewiórek). A nie mieliśmy ani pół orzeszka, ciasteczka. Młody jednak jest urodzonym eksperymentatorem, w dodatku dość zaradnym. Postanowił sprawdzić, co te zwierzęta jedzą. Liśćmi nie były zainteresowane. Patyki wzbudzały reakcję odwrotną do pożądanej - wiały na najbliższe drzewo mając pełne gatki. Odkryciem okazały się szyszki. Wzbudzały zainteresowanie. Jaś rzucał. Wujatka podbiegała. Brała sysunię w łapki, wąchała i szła dalej. I następna. I jeszcze jedna. Nie najadły się, ale chociaż gimnastykę mialy :),Dobrze to im na figurę zrobi.
A kasztany znaleźliśmy następnego dnia w innym parku. Dwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz