Mamy gości pomagających ogarnąć temat wakacyjnego niedoboru urlopu. Babcia z Amelką opiekują się Jasiem. Właściwie to Babcia próbuje zapanować nad dwoma nadaktywnymi żyjątkami. W celu odciążenia Babci, choć odrobinę, wziąłem dzień wolnego. Z zaleceniem Najwspanialszej z Żon i Matek, abym zapewnił żyjątkom odpowiednie dla warunków stolycy rozrywki. Nawet podsunęła mi kilka pomysłów, jak rejs statkiem (stan Wisły za wysoki), CN Kopernik (może być straszna kolejka i problem z biletami), ZOO (mogą wpaść na wybieg słoni czy żyraf), skansen (100 km za miastem) czy zamek w Czersku (bez odrobiny cienia). Ja oczywiście miałem swoje pomysły, ale z dziewczynką do czołgu chyba głupio iść, na Starówce żar z nieba, Twierdza Modlin wydała mi się niezbyt ciekawa na ten dzień, żadnych imprez militarnych nie było, a sam stwierdziłem, że Zamek Królewski będzie nudny dla kilkulatków. Więc - trzeba zorganizować wyprawę w poszukiwaniu dzikiej przyrody, w chaszcze nieprzebyte. Wybór padł na Park Skaryszewski. Najbliżej :) W dodatku jedzie się tam tramwajem, dodatkowa atrakcja. I chwila chłodu...
Skoro dzika przyroda, to trzeba zacząć tropić zwierzynę. Konkretnie wujatki. Czyli wiewiórki. Rude. I dzikie. Na zanętę jesteśmy wyposażeni w paczkę orzeszków. Ziemnych. W łupinkach, nie solonych w puszce ;)
Dotarliśmy. Szukamy wujatek. Po drodze ze dwie mijamy, dzieci zachwycone, ale ja uparcie zmierzam w stronę "Wujatkowej Górki", gdzie zwykle przebywają stadami. Tym razem... Cóż, chyba było im za gorąco, bo ledwie kilka rozproszonych spotkaliśmy. Zostaliśmy więc tropicielami wujatek.
Z początku dzieciaki nie wiedziały, jak ich szukać. Dostrzegałem jakąś w oddali, wskazywałem kierunek. Po kilku same zaczynały je dostrzegać że 100 metrów. Powoli, ostrożnie podchodziliśmy. Kusząc je odwiecznym
- Basia, Baśka, naści orzeszka.
Parkowe wujatki oswojone, wysuwały do nas pyszczki, brały orzeszki. Tylko... zaraz zlatywały się też wielkie czarne ptaszyska kradnące orzechy. Jasiek, dzielny obrońca przyrody, rozganiał je w obronie wujatek. Zabawę mieliśmy świetną. Dzieci też :)
Potem w domu opwiedziałem Najambitniejszej i Najbardziej Pomysłowej z Żon o przebiegu dnia. Cóż, chyba nie podzielała mojego entuzjazmu. Potem kątem ucha zasłyszałem, jak przez słuchawkę opowiada swej Siostrze, a mojej Szwagierce
- Wiesz, jaką atrakcję dzieciom w mieście zapewnił Michu ? Karmienie wiewiórek !!!
Z otchłani słuchawki dobiegło parsknięcie śmiechu. Nawet nie tłumione. .. Szukałem oparcia we własnej Siostrze. Też nie znalazłem, za to uraczyła mnie opowieścią, jak to Jej mąż a mój Szwagier w ramach atrakcji dla dwulatki wziął Ją do marketu na dział motoryzacyjny, a potem na jedną rundkę na bujane autko. Fajnie.
Cóż, kobiety są jakieś inne...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz