Wieczór, pora spać. Miałem ciężki dzień, a Jasiek odmawia współpracy. Szalący jest, według Jego słownika. Czasem tak ma. Doskonale go rozumiem, spanie to strata bezcennego czasu, w którym można tyle fajnych rzeczy zrobić :)
Więc próbuje spacerować po mieszkaniu, ma mnóstwo rzeczy do powiedzenia Mamusi, chce mu się pić skakać siusiać i boli go rączka. Brakuje kilku zabawek w łóżku. Spiewa. Stuka nogą w ścianę. Zwisa do połowy z łóżeczka. Musi mi dać buziaka we włosy. I różne takie. Ostrzegawcze wyłączanie muzyki "do snu" nie pomaga. Właściwie to wzmaga marudzenie, że nie dość, że światło zgaszone, to jeszcze nie ma ulubionej muzyki. A mi głowa pęka.
W końcu nie wytrzymałem, wyszedłem z pokoju. Ostateczność, rzadko wykorzystywany argument. Tylko on sam nie będzie leżał w pokoju i już. Z odsieczą ruszyła Najwspanialsza. Cóż... Wprowadziła natychmiast ostry reżim. Jasiek śpi i ani słowa. I zaczęło się chlipanie. Że On chce spać z Tuśkiem, tęskni, o z Tuśkiem fajniej się zasypia. Byłem twardy. Jakieś 15 minut. Najpiękniejszej też cierpliwość zaczęła się kończyć. Nie mieliśmy najlepszego dnia. Chlipa, pociąga nosem, łka i zawodzi.
Poddałem się, policzyłem do dziesięciu i wróciłem do Małego Potworka. Na progu postawiłem warunki - będę go usypiać, ale ma być spokój jak przy Muśce.
Zgodził się na wszystko. Kapitulacja bezwarunkowa.
Ale wchodząc do pokoju spojrzałem na Niego. Patrzył na mnie jak w obrazek, pełnia szczęścia w oczach, na twarzy, w całym Jasiu. Wreszcie przyszedł ukochany Tatuś ! Aż podskakiwał z radości i ulgi. Chyba tylko dzieci potrafi aż tak to okazać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz