Telefon mi się zepsuł. Zdarza się, gwarancja jest, problem niby niewielki. Awaria też niby niewielka, fotoaparat odmówił współpracy.
Tylko jak zwyklew chwili, w której akurat by się przydał... I chyba odwiecznym zwyczajem wszystkich ojców, z automatu w pierwszej chwili ochrzaniłem Młodego o współudział w psuciu. Owszem, kilka razy mu upadł. Tak samo jak mi. Zresztą, sam mu go daje do zabawy. . Potem głupio mi się zrobiło i Go przeprosiłem. Młodego, nie telefon.
Na marginesie: oddanie telefonu do serwisu kosztowało mnie 3 godziny w salonie. Paranoja. Za to dostałem telefon zastępczy. Nokię C2 :-) To jest maszyna, Jasiek nie umiał jej włączyć;)
I zaraz zaczął zabawę w dzwonienie. Wziął telefon Najwspanialszej. Dzwonił do mnie. Musiałem odebrać. Zamienić kilka słów. Oddzwonić z wypożyczonej perełki techniki. I tak dwadzieścia razy...
Siedzwałem na fotelu. Jasiek na kanapie. Niecałe dwa metry ode mnie. On włączył głośnomówiący...
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Telefon
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz