Stoją sobie w centrum miasta Pegazy. Radosne, kolorowe, wielkości konia trojańskiego. Kiedyś, w epoce przedjaśkowej, wspinaliśmy się z Najmilejszą na nie wesoło.
Nawet nie myślałem, że stoją tam dalej. Zamajaczyły mi w oddali kolorowe wesołe sylwetki.
- Jasiek, chodź, pokażę Ci coś fajnego !
- Co ? A może zostaniemy na placyku ?
- Wrócimy zaraz, chodź :)
- No dobra, ale tylko na chwilę...
W międzyczasie, po drodze (jakieś 50 metrów), zdążył zgłodnieć i wchłonąć banana.
- Tata ! Nigdy czegoś takiego nie widziałem !
- Idziemy nimi polatać ?
- Pewnie !
Więc wchodzimy do środka podsadzam Juniora, jest zachwycony
- Lecę jak tęczą !
Po chwili
- Tata, zdejmij mnie już, idziemy do następnego.
Nie ma tak dobrze. Sam zeskocz, ja cię tylko za ręce lekko będę hamował. Może nie wyrośnie na takiego fajtłapę jak ja ;) Skoczył, przełamał strach, luzik.
I tak musieliśmy wypróbować wszystkie sześć skrzydlatych rumaków.
- Tata, a teraz wracamy na placyk zabaw !
Pewnie, to był tylko krótki przerywnik :)
Zapiski z codzienności. Może główny bohater za kilkadziesiąt lat to przeczyta i się rozczuli. Może pokaże moim wnukom ?
niedziela, 18 maja 2014
Pegazy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz