wtorek, 29 października 2013

Tym razem czoło

Jasio został z tatkiem na zwolnieniu w domu. Rozrywki zapewnione, musiałem tylko dbać o Jego stan zdrowia. Co jakiś czas przypomniałem sobie o którymś z lekarstw, dostawał mniej więcej o przewidzianej porze. Przewaga mniej nad więcej nie była zbyt wyraźna. Gorączki brak, wraca do sił, więc nawet dostaliśmy prikaz wyjścia na słoneczko. Oczywiście wykorzystałem to do drobnych męskich zakupów :) W końcu przez okno samochodowe słoneczko też świeci ;) Co jakiś czas kontrolowałem stan zdrowia i samopoczucie człowieczka. I nie ograniczałem się w tym do dialogu typu
- Jak się czujesz ?
- W porządku, nic mi nie jest !
Jednym słowem - profesjonalna obserwacja.

Około pory obiadowej zadzwoniła nasza ukochana z pytaniem, co u nas. Nogi Jej zmiekły, gdy z wrodzonym wdziękiem i subtelnością oznajmiłem, że właśnie czteroletnia pociecha stoi w kałuży moczu, a ja zastanawiam się, czy jechać na pogotowie na szycie, bo krwawi z czoła. W tle słychać było ryk czteroletniej pociechy.

Nadaktywna pociecha wracając do domu jak zwykle musiała dobiec do drzwi wejściowych na klatkę i spróbować otworzyć. Traf chciał, że akurat z drugiej strony wychodził młody człowiek i energicznie otworzył drzwi. Solidne, stalowe. Pociecha odbiła się i usiadła. Trudno było ocenić, czy bardziej przerażona jest pociecha czy młody energiczny człowiek. Pociecha przytomna, bo się drze, powędrowała w me ramiona, młody człowiek przeprasza blady. Jeszcze on nam tu zemdleje... A ja muszę ogarnąć sytuację, bo nie bardzo widzę stan wtulonej we mnie pociechy. Do młodego przerażonego człowieka się zwracam
- Nie widzę go, nos cały ?
- Tak - jakieś ciche takie słowa
- Zęby i usta ?
- Chyba całe...
- Krew leci ?
- Czoło rozwalone...
Acha, kolejna blizna będzie, rzucam okiem. Rozcięte, pewnie w kant drzwi trafił. Pogotowia na razie wzywać nie trzeba, idziemy na górę ocenić spokojniej i trochę pociechę uspokoić, bo się zapętliła. Oszołomiony młody człowiek zostaje, nie mógł przewidzieć ani zauważyć, że w dole szaleje nadaktywny...

Stawiam pociechę w kuchni, przecieram ranę, nie jest źle, raczej na szycie nie trzeba jechać. Z ryku wyławiam latek "Nie chcę plaaasteeerkaaaaa". Ok, chyba się obejdzie, wygląda na rozcięcie powierzchowne a nie fontannę z tętnicy skroniowej. Za to na podłodze kałuża o znajomym zapachu - za dużo emocji. Sprawdzam jednak przytomność - "Jak się nazywasz, ile masz lat, kim ja jestem ?". Odpowiedzi poprawne, mózg raczej cały. Więc zgodnie z procedurą - zimny okład na czoło, uspokajam, rozbieram, wanna, nowe ubranko.
Mniej więcej na tym etapie dzwoniła stęskniona ukochana, więc co jej miałem powiedzieć ? Kazała mi sprawdzić, czy nie ma wstrząsu mózgu... Nie mamy encefalografu w domu...

Skończyło się na strachu i rannym czole. Pociecha była poszkodowana, więc całe popołudnie siedziała spokojnie na kanapie każąc się obsługiwać. Znaczy - mózg cały, zachowanie w normie. W normie pociechy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz