Byliśmy chorzy. Sytuacja kryzysie uczy i każe wyciągać wnioski dotyczące wyposażenia domu. Po pożarze windy mamy w szafce koc gaśniczy. Tym razem najwspanialsza musiała spać przy rozpalonym Jasiu. Jaś nie zaśnie poza swoim łóżeczkiem, drugiego posłania w jego pokoiku nie ma, więc jej przypadło posłanie na podłodze. Drugiej nocy podłożyła pod siebie złożoną kołdrę, ale podobno różnica w komforcie była niewielka.
Kierując się współczuciem i chęcią ulżenia Jej doli, jak tylko odzyskaliśmy trochę sił, nabyliśmy z Jaśkiem materac. Zwykły. Dmuchany. Miałem pomysł na zakup ultranowoczesnej bajeranckiej maty samopompującej. Ale prawdopodobnie zobaczywszy rachunek przekraczający koszt nowego łóżeczka dla Jasia małżonka przekonałaby mnie do nocowania na nim w garażu...
Kupiliśmy materac bez pompki. Jako osoba osłabiona chorobą nie pałałem chęcią użycia własnych płuc. Jako osoba wychowana na McGyverze użyłem żoninej suszarki do włosów
Materac gotowy, czas na inaugurację. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to tratwa. Nie flisacka. Kon-Tiki i Robinson. Dążmy tym tropem. Wiosła w dłoń. Drewniane łyżki z kuchni będą jak znalazł Wiosłujemy z zapałem do przodu. Przed nami bezkres oceanu. Na szczęście wzięliśmy zapas winogron, więc w tej wyprawie nie mamy problemów ze szkorbutem Jako nawigator, czy też sternik, muszę znać cel podróży.
- Jachu, dokąd płyniemy ?
- Do Azji - odpala bez zastanowienia. Oczywiście Jasne...
- A po co tam płyniemy ? - ciekawe, skąd mu ta Azja do głowy przyszła.
- Po misia polarnego !
No, kapitanie, w głowie tkwi mu opowieść z zeszłotygodniowej wycieczki do twierdzy modlińskiej. Więc, ahoj żeglarze, płyniemy przez ocean lodowy o barwie fiołków.
Oczywiście zaraz spotykaliśmy krwiożerczego Białego Rekina (wśród mórz północnych ???), który tym razem został unicestwiony ciosem wiosła.
Niedługo potem nadszedł potężny sztorm, 10 w skali Beauforta, nie dawaliśmy łajbie żadnych szans... A jednak ! Galeon piracki był stabilny i ogromny, naszą łupinką rzucało na wszystkie strony, ledwie utrzymaliśmy się na pokładzie. Materac pozwolił wprowadzić symulacje potężnych fal, podrzuty, nagłe skręty, poćwiczył młody marynarz błędnik, tylko krzyczał "Tata, mocniej bujaj !" Nie wiem, jakim cudem udało nam się utrzymać na pokładzie.
Dotarliśmy w końcu do ujścia Obu czy też Jeniseju, pięliśmy się w górę rzeki. Wzburzona potęga wody co chwila wyrywała nam wiosła z rąk. Musieliśmy je ratować, by nie stracić możliwości dalszej żeglugi. Bosaków nie mieliśmy, więc radziliśmy sobie inaczej. Adept sztuki żeglarskiej wychylał się za burtę daleko, próbując chwycić zgubę, ja go mocno trzymałem za nogi, by nurt go nie porwał. Zawsze nam się udawało, musimy tą sztuczkę w wannie przećwiczyć
Przybiliśmy do portu w jakimś Omsku, Krasnojarsku czy Jakucku. Dla odtworzenia realiów mówiłem do młodego po rosyjsku, co wzbudziło jego gwałtowny sprzeciw:" Tata, mów po normalnemu !". Ok. Szybko znaleźliśmy misia polarnego, którego wyposażyliśmy w wiodło. Każda para rąk czy łap na pokładzie jest bezcenna
W drodze powrotnej wrażeń też nie brakowało. Tym razem sztorm był tak potężny, że majtek co chwila wypadał za burtę. Musiałem mu rzucać linę ratunkową i powoli wciągać na pokład. Po chwili znowu był w morzu z okrzykiem "Ratunku, tonę" albo "Ratunku, rekin się zbliża". I tak przez 40 minut. Biedne, osłabione chorobą dziecko...
Na hasło "ląd na horyzoncie, płyńmy do portu" odpowiadał nieustannie "nie, płyniemy dalej". Bunt na Bounty...
Przeżyliśmy po drodze chyba więcej niż Pan Maluśkiewicz. Może następny rejs zrobimy do wieloryba ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz