Spojrzałem w skrócie, wybiórczo i subiektywnie, czyli zgodnie z regułami statystyki na nasze przygody z ostatniego 1,5 miesiąca. Mamy za sobą:
- 2 wizyty w muzeum wojska, gdzie siedzieliśmy w myśliwcach, helikopterach i czołgach,
- Dzień Dziecka wśród karabinów, hełmów, czołgów i armat, gdzie strzelał z wiatrówkę i przebył poligon,
- zwiedzanie modlińskich umocnień.
W planie na najbliższy czas mamy zamek średniowieczny z rycerzami i machinami oblężniczymi, na wakacjach na pewno znajdziemy jakiś bunkier, schron lub chociaż pole bitwy. Wniosek rodzinie się nasunął: militaryzuję dziecko, skrzywiam mu psychikę, kierunkuję jednostronnie i potem będzie taki jak tatuś pokrzywiony. Zamiast do piaskownicy, parku, na basen - ciągam go po zakazanych zaułkach, ruinach i krzakach, wyszukujących ciekawostki okolicy.
A najlepsze w tym, że Jaś
- nie ma żadnych zabawek typu szabla pistolet czołg
- nie zna zabaw w wojnę strzelanie zabijanie
- superbohaterów spidermany itp omija szerokim łukiem
- o wojsku nie wie nic
- żołnierz to taki pan w spodniach takich jak ma tatuś
- czołgi myśliwce amfibie to takie fajne pojazdy z mnóstwem guziczków i strzelaczką
- fort stanowi dla niego tło fajnej wycieczki, a w środku była ogromna przestrzeń do biegania i ciemne korytarze, gdzie było jak w jaskini, dumnie kroczył z latarką
- mury obronne są formą ścianki wspinaczkowej
- zamek raczej skojarzy z rycerzem smokiem i wikingami, a nie oblężeniem Krzemieńca i bitwą pod Grunwaldem
i tak dalej...
A ja przy okazji analizuję rozwiązanie strategiczne. Obaj mamy niesamowitą frajdę i świetną zabawę. I chyba budujemy więź, mówiąc językiem modnych psychologów dziecięcych.
Tak, przy okazji brutalnie wpływam na jego rozstrój, kierunkuję zainteresowania. W stronę przygody męskiej, turystyki dalekiej od cywilizacji i asfaltu, krajoznawstwa, historii. Poprzez pojazdy, kałuże, miejsca inne niż codziennie miejsce. Rozwijam ciekawość świata. Przynajmniej się staram. I jeżeli za kilkanaście lat weźmie plecak namiot i zniknie na tydzień w Bieszczadach czy Białowieży, to będę świętował sukces. Gorzej, jak pojedzie do Sopotu w słomkowym kapeluszu i hawajskiej koszuli
A że ma tatusia, który go ciąga po ruinach i nieprzebytych ścieżkach przez pokrzywy i kałuże zamiast po alejkach parku łazienkowskiego albo na festyn z okazji święta smerfów, to nie jego wina. Zresztą,muszę kiedyś spróbować, ciekawe, jak się młody odnajdzie w takim nietypowym dlań otoczeniu Przyjdzie czas na koncerty pod pomnikiem Chopina i wędrówki po pałacu wilanowskim. Jak przestanie musieć wszystkiego dotknąć, usiąść na tronie, i sprawdzić jak się śpi na zapiecku w skansenie A na razie niech ma alternatywną do społeczeństwa rzeczywistość, w której może wszystkiego dotknąć i nauczyć się ciekawostek i obserwacji otoczenia.
Ale mi się na myślenie zebrało
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz