piątek, 28 czerwca 2013

Poprzez chaszcze

A tak w ogóle to głównym celem wyprawy było zarażenia juniora łazikostwem, włóczykijstwem, łazęgostwem, włóczęgostwem, po odludziach, poza szlakiem, z dala od cywilizacji i trendów, fajerwerków i atrakcji, w dziczy, gdzie wiatr gra muzykę i drzewa tańczą nad błotem. I człowiek jest sam, wyłączony z codzienności. W swoim świecie, w głębi siebie, ma czas delektować się ciszą. Wystarczy czasem zejść dwa kroki w zimowy park, na bok od ścieżki.

Dobra, nie filozofuję. Wciągam go w gąszcz, zarośniętą ścieżkę. Podobno tędy wiedzie szlak. Na razie spoko poza tym, że kilka komarów się snuje w pobliżu. Jest górka, wspinamy się to po to, by błotnistym zboczem zbiec po chwili.

Wkraczamy na polną ścieżkę. Dróżkę. Tydzień wcześniej przekonałem małżonkę, że do lasu nie chodzi się w sandałach... Po chwili mamy mokre sandały, nogi, omijamy ostrożnie pokrzywy i osty. O, błoto, glebokie, buty się umyje, nogi wyschną, błoto odpadnie

Zarośla wysokie, biorę go nabarana. Przedzieramy się. Z góry dobiega głos "zaplątałem się !". Ocho, gałąź była za nisko. Przed następnymi mocno się schyla, przywiera mi do głowy.

Musieliśmy zawrócić, ślepy szlak, pomyliłem ścieżki.

Skarpa, można zejść bardzo stromym zboczem, można ściany schodami turystycznymi, formą pośrednią między schodami i drabiną. Decydujemy się na schody. Powoli, ostrożnie, atakowani przez komary.

Ścieżka wzdłuż Narwi, słońce pali jak wściekłe. Zaganiam go do cienia gdzie się da. Szybka riposta "mapa mnie chroni przed słońcem". Patrzę - mapa na twarzy, idzie na ślepo 

Podróżuje nabaranie, jak prawdziwy turysta trzyma w rękach mapę, ja chyba muszę sprawdzić którędy dalej. Na prośbę do góry u mapę nie wypuszcza jej z rąk, nasuwa mi tuż przed oczy. Przynajmniej mi słońce zasłonił.

Chaszcze. Przecieramy szlak. Nagłe "rączka boli". Uderzył się ? A, pierwsza w życiu pokrzywa. Musi chwilę piec. Jakby ujawniła się ostra reakcja mamy wapno. Przechodzi, ponarzekać musi. Pocieszam chłopaka, że to zdrowe, że jak byłem mały to też mnie piekły i dlatego teraz jestem zdrowy i silny. Aż się boję, że zachęcony cały wejdzie w pokrzywy:)

Po drodze mijaliśmy jakiś osiedlowy placyk zabaw. Nie omieszkał przyssać się do karuzeli. W pierwszej chwili zacząłem go usilnie nakłaniać do dalszej drogi. Po czym doznałem olśnienia ! Przecież on ma dopiero 3,5 roku, jest malutki, i raczej karuzela jest bardziej fascynująca niż umocnienia carskie ! I tak jest dzielny, więc kwadrans na jego przyjemności nam nie zaszkodzi 

Szlak pokonany, twierdzę obeszliśmy dookoła, obaj zadowoleni, pełen sukces ! Teraz przyszedł czas na obiad. W cywilizowanej restauracji. Ognisko i polowanie innym razem 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz