środa, 26 czerwca 2013

W twierdzy

Wyprawa do modlińskiej twierdzy zmierzała ku końcowi. Pół dnia przeszukiwania gąszczu w poszukiwaniu misiów polarnych dało się we znaki. Zwłaszcza, że żar z nieba skłaniał jedynie w kierunku klimatyzowanego auta. Niestety, gdzieś po drodzewspomnialem malcowi o wieży widokowej. Niestety, utkwiło mu to w główce. Szczerze mi się nie chciało, ale jeszcze mniej mi się chciało słuchać narzekań rozczarowanego trzyipółlatka. Rachunek zysków i strat skłonił ku jedynej możliwej decyzji - pod wieżę !
Wieża stoi, otwarta, na wstępie dostaliśmy pocztówkę z pamiątkową pieczątką, weszliśmy... i oczom naszym ukazało się marzenie Jasia, koszmar jasiowego taty. Schody. Długie, wysokie, z ogromną liczbą stopni, kamienne, drewniane i metalowe, z poręczą i bez, w oddali, na samej górze, prawie w formie drabiny. To jest wyzwanie ! Może w końcu kupię mu kask i uprząż wspinaczkową ?
Ruszył z impetem do przodu, wyrwał do sprintu osadzany co chwilę moim donośnym "Stój, czekaj, moment, trzymaj chociaż poręczy !!!!!!!". Czasem go doganiałem. W miarę wzrostu stopnia trudności wspinaczki wymusiłem trzymanie za rękę. Wiedziałem, że zejście będzie jeszcze trudniejsze. Przynajmniej dla mojej psychiki. Schody metalowe, szpary, poręcz dwururowa z przestrzenią pustą pomiędzy, potknie się i uczy się latać w trybie przyspieszonym, brrr, kurczowo go trzymam. Na końcu ledwo sapię, kondycja siada, i jeszcze drabinka przed nami... Udało się. Jeszcze nie myślę o wyzwaniach powrotu. Taras widokowy przed nami. Pierwsze co widzę to niski murek wokół i spora przestrzeń do brania rozbiegu. Zgroza. Junior ląduje na rękach. Nawet nie próbuje dyskutować, spróbowałby tylko.
A ja powoli dostrzegam, że warto było wejść. Widok przepiękny, w oddali horyzontu biurowce Warszawy majączą, w dole zieleń, i Narew łącząca się z Wisłą w promieniach słońca, na cyplu pozostałości ogromnego spichlerza, śladu potęgi handlowej i dawnego znaczenia transportowego żeglugi śródlądowej. Myśl w głowie "teściowa byłaby tu zachwycona". Starczy tego delektowania się krajobrazem, przed nami zejście w dół.
Drabina. Jak to zrobić bez strat ? Szczególnie, że towarzysz wspinaczki uparł się schodzić przodem. Asekuruję go chwytem obcęgowym za rękę w okolicy czegoś, co w przyszłości może stać się bicepsem. Tylko nie to... Zmienił koncepcję... Doszedł do wniosku, że tyłem będzie lepiej schodzić. W pozycji klasycznej drabinowej zamiast techniki schodowej. Rychło w czas. Jejku, zaczyna się obracać. Wstrzymałem oddech, wzmocniłem uchwyt, akrobacja jak linoskoczek w cyrku... Czekam na oklaski zgromadzonej widowni, śledzącej z zapartym tchem pokaz zręczności. Widzów jednak brak, podobnie jak zabezpieczenia medycznej na wszelki wypadek. Sami więc świętujemy swój sukces chwilą odpoczynku. Dotarliśmy do normalnych schodów. Jest dobrze, trzyma mnie za rękę. Puszczamy się więc pędem dzikim w dół, na złamanie karku, więcej w powietrzu niż na schodach, świst wiatru w uszach, straceńcy dwaj, pisk radości, jesteśmy na stole. Nie wiem skąd u mnie taki nagły przypływ szaleństwa, brawury ? Pewnie wizja bliskiego powrotu do domu. Zawsze na końcu szlaku miałem przypływ radości, lekkość w nogach i głowie, śpiew ulgi na ustach. Płonne okazały się nadzieje na rychły powrót...
Ale o tym w następnym odcinku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz