niedziela, 25 maja 2014

Rowerek

Kumpel mnie sprowokował. Zadzwonił, "wyjrzyj przez balkon" mówi. Wyglądamy. Patrzymy. Ola jeździ na rowerku, bez bocznych kółek, z tyłu kij od szczotki, Marcin do niego przyczepiony biega. Podpuścił mnie, wszedł na ambicję.
Chociaż, od kilku tygodni o tym z Najpiękniejszą rozmawialiśmy.
Następnego dnia, zmotywowany, wziąłem się do roboty. Rowerek napompowany. Kółka boczne odkręcone. Tylko co z tym kijem ? Trzeba go na sztywno, na wcisk założyć...
Rozglądam się po mieszkaniu. Kij od mopa ? Przymierzam. Za szeroki, nie klinuje się... Ciupaga z gór ? Za krótka, nie będę za nim biegał w przysiadzie... W końcu odkręciłem kij od miotły. Chwilę zastanawiałem się, czy go lekko nie zwęzić, ostrugać na dole, ale to była raczej chęć zabawy nożem niż potrzeba techniczna. Kilka razy stuknąłem, puknąłem i się zaklinował. Wyżej solidnie przywiązałem go do ramy, żeby na boki  nie latał. Przy czym sztywność samego kija nie jest oszałamiająca... Trzyma się. Musi, skoro użyłem superspecjalny sznurek z mojej szafki skarbów ;)
Trochę to trwało. Młody cały czas mnie obserwował przebierając nóżkami z niecierpliwości. W końcu jest gotowy, możemy się szykować.
Tatko przezorny z natury, wziął plecaczek, wrzucił do niego picie dla dziecka, chusteczki higieniczne i tzw mokre, apteczkę, nożyk, klucze rowerowe... Tatko włożył jakieś wygodne buty do biegania, rękawiczkę rowerową, żeby mu się od trzymania kija bąble na dłoniach nie zrobiły... Tatko chwilę się zamyślił... Ach, przecież dziecko trzeba też przyszykować ;)
Spodenki są. Kask jest. Ochraniacze... Spotkały się z krótkotrwałym oporem, ale Tatko miał silne argumenty i jego opinia wygrała. Założone. Idziemy.
I tu zaczęły się schody. Jasiek pełen zapału. Wsiada. O, rowerowek jakoś dziwnie się przechyla...Chwytam kij, zrozumiał, że rowerek bez kółeczek tak ma. Ruszamy. Oj, trochę pracy nas czeka. Na razie trwa zapoznawanie się ze specyfiką nowego pojazdu. Nie jest tak, że za dwa dni sam pojedzie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Jedzie sobie jak gdyby nigdy nic, nauką i równowagą specjalnie się nie przejmuje. Świetnie się bawi.
Rozpędza się. Za moją radą, bo podobno tak łatwiej złapać równowagę. Podobno. Nawet nie próbuję. Za to ja przechodzę do truchtu. Kłusu. Cholera, chyba z kondycją kiepsko. Jakaś zadyszka. Kłucie w boku. Muszę odsapnąć. Papieroski i siedzący tryb życia dają o sobie znać...
- Tata, nie zwalniamy, gazu, jestem ekspress !!!
To sobie niezły obóz kondycyjny zafundowałem...
Skręca. Ostro skręca. Składa się do pozycji motocyklisty przy prędkości naddźwiękowej. Chyba zaraz położy maszynę razem ze mną... Z bocznymi kołami odchylenie nie przeszkadzało...
Hamuje. Nagle, ostro, bez uprzedzenia. Uff, tym razem udało mi się nie nadziać na kij.
- Co ty wyprawiasz ?!
- Tata, to musisz trzymać kij z boku !
W sumie to ma rację...
Chwilami, przypadkiem, łapie równowagę... Może jednak coś z tego będzie ?
Zaczynam tłumaczyć mu w czym rzecz. Zaczyna być nerwowo.
- Jasiek, szybciej ! Nie pochylaj się ! Nie hamuj ! Słyszysz Ty mnie ! Bo pójdziemy do domu !
A ten niewzruszony robi swoje...

Widzę, że  nauka jazdy będzie nie tylko obozem kondycyjnym, ale i szkołą trzymania nerwów na wodzy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz