Zaczęliśmy grać w gry planszowe. Zabawa fajna, czas mija, Młody uwielbia. Kilka ich w szufladzie leży. Między nimi taka jakaś dziwna, zatytułowana "Pizza". Za diabła nie mogliśmy się połapać, o co w niej chodzi. W związku z tym Jasiek sobie ją czasem wyjmował, na tekturowych kawałkach pizzy układał żetony z obrazkami kiełbasy, sera czy pomidora i bawił się w kucharza.
Kilka dni temu wczytałem się w instrukcję. Chyba miałem bardzo świeży umysł, bo ogarnąłem zasady. Dość proste, w przeciwieństwie do ich opisu. Sprawnie objaśniłem je Jaśkowi. Załapał. I zaczęliśmy komponować pizzę. Według przepisu. Kto pierwszy ułoży potrzebne składniki na swoim kawałku. Zachowując dobrokoleżeńską współpracę. Czyli jak Jasiek chciał pomidorka, to dostawał go poza kolejką. Jak ja chciałem krewetkę, to nie dostawałem. Nawet zgodnie z kolejką. O dziwo, czasem mogłem wygrać. Raz na pięć rund.
Podjęliśmy nawet próbę wyjaśnienia reguł Najpojętniejszej. To chyba jednak jest męska gra :)
Koniec końców, miło i wspólnie zleciało nam deszczowe przedpołudnie, a o to chodziło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz