Ja nie wiem o co chodzi...
Z przedszkola wracamy autobusem. Jeden przystanek. Przejażdżka autobusem to dla Młodego atrakcja. Ja też dostrzegam jej zalety: omijamy okolice placyku zabaw gdzie mógłby utknąć. Daje mi to szansę dotrzeć do domu, przebrać się, wypić kawę i dopiero po zaspokojeniu własnych egoistycznych zachcianek pójść na placyk. Młody ma za to szansę zjeść bułę lub loda i pójść do ubikacji. Same zalety
Oczywiście wady też są. Czasem upatrzy sobie jako wymarzone zajęte miejsce siedzące. I mamy spór o zasady
Wysiadamy. Musimy nacisnąć guziczek do otwierania drzwi. Koniecznie. Czasem jest problem, jak guziczek jest za wysoko. Albo trzeba go podnieść do guziczka, albo... Guziczka obniżyć się nie da... Więc wspina się na podwyższenie, podnozek siedzenia. Czasami po czyjejś nodze. Np. pańci w eleganckich sandałach czy pantofelkach.
W końcu wysiadamy. Nie jest to koniec podróży. Bezwzględnie musimy stanąć koło przedniego koła. Tego właśnie nie rozumiem. Chyba jakiś wewnętrzny imperatyw... Obejrzeć, jak powoli zaczyna się obracać, powoli, z mozołem, taka ogromna opona. A czasem jeszcze skręci, zamerda w lewo. Wtedy to już pełen szał, takiego pokazu akrobacji opuścić nie może Wreszcie pojazd odjeżdża na dobre i możemy iść.
A ja od jakiegoś pół roku zastanawiam się, o co chodzi z tym kołem. Jedyne co od niego wyciągnąłem to oświadczenie, że lubi koła jak się kręcą... Zwłaszcza, że czasem podśpiewuje sobie pod nosem "Koła autobusu kręcą się la la la".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz