wtorek, 30 października 2012

Śnieg

Rozpoczęliśmy sezon saneczkarski 

Spadł pierwszy śnieg. Trochę wcześnie, ale Myszaty w takie niuanse się nie wdaje. Wolny, niezależny od kalendarza. Jest biały puch - super, niezależnie od pory roku. Niech to będzie nawet lipiec 

Czy on pamięta, co to takiego ?
Autopobudka, marsz do okna, miał przeczucie, że coś się wydarzyło. Na tym etapie życia śnieg w październiku jeszcze nie dziwi.
"Tata, śnieg !" Więc jednak kojarzy. Pamięta, czy wiedzę zaczerpnął z bajek ?
"Idziemy na sanki ?" Pamięta ?! Staram się ustalić fakty, krótkie pytania, przesłuchanie, lampa w oczy. Podobno bardzo dawno temu był na sankach z mamą i tatą. Sprytnie się wywinął, fakty niemożliwe do ustalenia.
Dobra, trzeba będzie zejść do piwnicy i sprawić młodemu frajdę. Ciekawe, jak to się skończy.

Długie przygotowania. Rozumiem drogowców, których śnieg corocznie zaskakuje. Gdzie ten kombinezon ??? Rękawiczki w praniu po zabawie w zmianę kół, mam jeszcze nadzieję, że się dopiorą. Buty ??? Kurcze, nie wchodzą... A, gazeta w środku Uff, jeszcze dobre. Na styk, ale na kawałek zimy starczą.
Sanki wyjmiemy po drodze. Gotowi, chyba za ciepło go nie ubrałem, wyszedłem z wprawy. Mam nadzieję, że jest na tyle duży, by nie podjadać szczurom trutki. Ciemno, mroczno, widać że niepewnie kroczy naprzód, rozgląda się podejrzliwie.Też nie przepadam za piwnicami. "Tatku, tu mieszka Ima ?". Acha, jasne, Ima, zła siostra zaginionej księżniczki Ami. Ta sama szajka co Flo_i_Flo i Magic. W razie czego mam straszak, zamiaucze groźnie i posłucha 
Sanki wydobylismy, zabawa była przednia. W jedzenie śniegu, spadanie co chwilę w śnieg, rzucanie śniegiem w rodzica, nawet pozjezdzalismy. Tzn on z dużej góry, ja próbowałem go dogonić na nogach  Na szczęście w tym roku wchodził pod górę sam, a nie kazał się wciągać.

W zeszłym... Spadł śnieg, postanowiłem go trochę pociągać na saniach. Frajda dla niego, dla mnie trochę ruchu. Trening siłowy  Trawnik, trochę muld, w miarę płasko. Pod pierzynką śniegu. Siedzi, cieszy się, ja udaje konia zaprzęgowego. Raczej woła roboczego niż rumaka w dwukółce. Szybko stwierdziliśmy, że na wydeptanej ścieżce jest trochę nudno, zboczyliśmy w kopny, większa frajda. Kazałem mu się mocno trzymać. Trochę wybojów, lepiej nie bawić się w ratownika na lawinisku i nie wykopać go spod zaspy.
Ciężko się ciągnie. Pewnie sanki kiepskie. To dlatego Sio nam je dała, jakbym Jej nie znał...  Co chwila rzucam w tył kontrolne "Siedzisz ?" "Trzymasz się ?". Odpowiedzi uzyskuje pozytywne, brniemy dalej przez śniegi i zaspy. Coraz ciężej... Widać szybko się męczę, może czas się częściej ruszać, zadbać o siebie ? Niby z górki lekko, a tu coraz gorzej...
W końcu spojrzałem do tyłu. Kontrolnie. Sprawdzić, czy kruszyna nie trzęsie się z zimna, przerażona wizją zniknięcia pod śniegiem. Nie. Śmieje się. Jest dobrze. Trzyma się mocno. Hamulca.... Wszystko jasne...

Po powrocie zaczął przebąkiwać o nartach... Skąd on wie, że coś takiego istnieje ?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz