Chory był. Juz nie jest. Tydzień brał antybiotyk.
Troskliwy Tatuś postanowił jak najszybciej po powrocie od lekarza dac dziecku lekarstwo. W pełni uzasadnione. Tylko... Coś jakby nie pomyślałem... Lekarstwo dawkowane dwa razy na dobę. Co 12 godzin. Było tuż przed południem. Czyli wychodzi przed północą. Dla mnie to środek nocy. Normalnie koło dziesiątej robię chrapa. Za to wstaje... No, nie z pierwszym pianiem koguta, raczej z porannymi tramwajami wyjeżdżającymi z zajezdni za oknem.
Jako ten, który jest z dzieckiem na zwolnieniu i może odespac (czytaj znudzić Najwspanialszą do pracy, czyli pospać godzinę dłużej niż zwykle) wziąłem to na siebie.
Dzień pierwszy. "Jasiu, wstań na chwile, otwórz buzię...". Najtroskliwsza przyszła przestraszona wysokim prawdopodobieństwem konieczności zmiany klejacej się od leku poscieli, w trzy minuty załatwiła sprawę. Miodzio, jak Ona to robi ?! Chrap.
Dzień trzeci. "Jasiu, już siedzisz, mam pyszne kolorowe lekarstewko, otwórz szybko buzię, mniam...". Z pokoju obok wychyla sięvZaspana i dobiega "Kolorowe cholercia jeszcze mu przez słomkę każ pić, na pewno mnie nie zbudzicie". Popić dała mu sama. Zapomniałem przygotować. Zamknąłem się w 10 minutach. Bez strat w pościeli.
Dzień piąty. 5 minut. Piżamka czysta. Po powrocie do łóżka słyszę tak jakby przez sen "Dałeś mu chociaż popić ?"
Dzień ostatni. Rano usłyszałem "Wzięliście to lekarstwo, bo nic nie słyszałam ???".
Ćwiczenie czyni mistrza :)
Wczoraj ostatnia dawka - pośpię, myślę. Piąta rano - "Tata, idę kupę, pomożesz ?".
On potem jeszcze zaśnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz