piątek, 19 września 2014

Ulica Stambułu

Wielkie miasto. 15 mln ludzi.
Do tego wschodni, hałaśliwy, wylewny styl bycia.
Gwar, hałas, krzyki.
Tłum pędzi, tłum się spieszy. W dodatku bardzo chaotycznie, każdy w swoją stronę. Niby szpilki między ludzi nie wetkniesz, a wszyscy sprawnie się przemieszczają tam, dotąd chcą. I tylko z początku ten pozorny chaos męczy :)
Ruch uliczny wygląda podobnie. Każdy jeździ jak chce. Którędy chce. Kierunkowskaz ? A co to ? Z trzech pasów robi się pięć. I nikomu to nie przeszkadza. 15 minut w taksówce, na milimetry w poprzek, i żaden rollercoaster mi już nie straszny :)

Przechodzenie przez ulicę należy do sportów ekstremalnych. Właściwie trudno stwierdzić, czy istnieją jakiejkolwiek reguły, czy po prostu wszyscy na bieżąco dostosowują się do płynącej lawy ludzi i pojazdów, optymalizują prędkość i kierunek pod wpływem impulsu, potrzeby chwili, kątem oka dostrzeżonej zmiany. Jak polujące koty. Auta jadą, ludzie między nimi chodzą, uporządkowany chaos, nikomu to nie przeszkadza, można szybko się dostosować. Przynajmniej elastycznym i dynamicznym Słowianom to nie przeszkadzało. Bo znajomy Austriak, skądinąd bardzo sympatyczny, przyzwyczajony jednak do sytuacji w której cały ruch zamiera gdy pieszy znajduje się na chodniku 5 metrów od przejścia dla pieszych, bladł musząc przejść przez ulicę. Na światłach. Na chodniku też nie czuł się zbyt pewnie. Mimo 30-centymetrowej wysokości krawężników zbudowanych po to, żeby żaden samochód nie skracał sobie drogi przez chodnik. Gęsty tłum wciąż porusza się kursem kolizyjnym, na pierwszy rzut oka bez ładu, wszyscy powinni wciąż na siebie wpadać. A co jakiś czas w tłumie lawiruje Turek na skuterze, jak niegdyś janczarzy w tłumie.
I, o zgrozo uporządkowanych Niemców i Skandynawów, jakoś to działa. I tłum nikogo nie tratuje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz