poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Koszyczek wielkanocny

Święconka. W koszyczku tradycyjnie pisanki, kawałek chleba, kiełbasy, ciasta, sól i pieprz, o chrzanie zapomnieliśmy. Kursu Młodego. Bacznie pilnujemy, żeby nie podjadał.
Cóż. W kościele, tuż po święceniu straaaasznie zgłodniał. Chaps - i wsuwa kromala. Był szybszy. I wędruje przez kościół zajadając się suchym chlebem, oglądając Grób Pański. Cóż, właściwie czemu nie :)
Droga do domu przebiegła w klimacie obrony koszyczka przed głodomorem. Ciężko było, ale daliśmy radę. Najciekawsze, że obiektem największych pragnień nie był ogromny czekoladowy zając, a maślany baranek.
I nadeszła wielka chwila, śniadanie wielkanocne, gdy wreszcie można legalnie dopaść skarby z koszyka. Wyperswadowaliśmy mu odgryzanie barankowi głowy. Za rok trzeba i baranka z cukru zorganizować. Grzecznie smaruje chleb maslem. I nagle chaps... Baranek nie ma bukszpanowego ogona. Chyba mu nie zaszkodzi... Jednak za chwilę zaczyna się Jaśkowi strasznie chcieć pić. Chłepcze jak smok wawelski wodę z Wisły. Pęknie czy nie ? W sumie to nie mam pojęcia, jak smakuje bukszpan, może jest pikantny ?
Najbardziej spostrzegawcza z żon szybko wyjaśnia sprawę. Baranek prócz ogona stracił oko. Z ziarnka pieprzu. Wszystko jasne :)

Potem wszystko już się toczyło utartym rytmem. W tym roku nadal nie udało mu się wygrać w konkursie na ilość zjedzonych jajek. Ale wiem, że kiedyś będę musiał oddać mu palmę pierwszeństwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz