Jedziemy na zakupy. Idziemy po bolid do garażu. Na szczęście nie musimy już zaglądać do wszystkich zakątków podziemia. Ani gasić 10 pożarów po drodze. Ani kopać wszystkich kamyczków. Czasem pogadamy chwilę z którymś z garażowych sąsiadów, pożartujemy. Czasem odbędziemy szaleńczy wyścig na hasło
- Kto ostatni ten zgniła jagoda !
I zaczynamy szykować bolid do drogi. Trzeba go rozpakować. Mały pomocnik chce być jak najbardziej przydatny. Zdejmujemy plandekę. Używany ze względu na nie do końca szczelny dach. Czynność miałem jako tako opanowaną, ale ostatnio Jaś mi w tym pomaga. Zawsze coś się splącze. Życie, Podrośnie, będzie szło sprawniej. Rozkłada lusterka. Może jednak ich nie urwie. Otworzyć auto też musi sam. Nawet nie próbuję dyskutować.
Za to już nie wyjeżdżamy razem, z nim na kolanach. Jaś kieruje ruchem ! Ja wsiadam SAM, On wychodzi przed garaż. Mówi mi, krzyczy raczej
- Możesz jechać, droga wolna, nic nie jedzie, stój, skręć koła, dobrze, dalej do przodu, zmieścisz się...
Przy tym macha rękami jak milicjant na skrzyżowaniu.
Udało się. Zamykamy garaż, jazdy zajmuje swoje miejsce, i możemy jechać.
Czasami dodatkową atrakcją jest dolewania płynu do spryskiwacza. Wow, Tata otwiera silnik ! Oczywiście, małe rączki chcą wszystkiego dotknąć :) Tylko... Silnik ma to do siebie, że zbyt czysty nie jest. A bywa też gorący. Więc wymaga to ode mnie wzmożonej uwagi. Otwieram wlew. Wkładamy lejek. Otwieram butlę, zwyczajowo klnąc najnowszą koncepcję zakrętki. Potem Najbardziej Wyrozumiała dowie się, że płyn miał jakąś "głupią zakrętkę". Ustaliliśmy, że Junior trzyma lejek, ja butlę. Gul gul gul, kenny nalewamy
- Tata, nie tak dużo, zimowy płyn musi starczyć na całą zimę !
I nie dał sobie wytłumaczyć, że w aucie jest zbiornik. Cóż, niewidoczny, ukryty gdzieś w silniku. Potem doleję, nie miałem siły na dyskusję...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz