poniedziałek, 13 stycznia 2014

Na łyżwach

W ramach postanowień noworocznych postanowiliśmy zwiększyć aktywność fizyczną celem poprawy kondycji, zdrowotności itp. Dobra, rozpocząć jakąkolwiek :) Postanowienie chwalebne, tylko jak to zrobić ? Po chwili namysłu wybór padł dość naturalnie na łyżwy.  Łatwiejsze to niż wymagające samozaparcia i organizacji regularne siłownie baseny bieganie itp.
W ramach prezentów okołoświątecznych Jasiek od cioci Isi dostał łyżwy, ja sobie kupiłem nowe superowe w miejsce ponad dwudziestoletnich ruskich skorup z bazaru, Kasia też sobie znalazła zgrabne białe z futerkiem, więc idziemy. Gdzie ? Chcieliśmy zobaczyć słynną nową taflę na stadionie, ale problemy z lodem i biletami skierowały nas na Torwar. Równie słynny ;) Lód super, nowe łyżwy się sprawdziły wyśmienicie, ba - nawet my utrzymaliśmy się na nogach, trochę jeszcze pamiętam ;)
Miejsce o tyle fajne, że wydzielona część tafli dla dzieci, coś jak brodzik.
A Jasiek ?
Rok temu byliśmy kilka razy, ale to było ciągnięcie go za sobą. Ewentualnie pchanie przed sobą. Przerywane co chwilę "chodźmy odpocząć na ławce". Byliśmy bardzo ciekawi, jak mu pójdzie w tym roku i czy chwyci bakcyla.
Wszedł na lód. W mordę, ale ślisko ! Rodziców za ręce, niech ciągną. Dalej się zobaczy, muszę rozpoznać, z czym to się je. W sumie fajnie, ale czy bez wow.  To ja sobie zejdę na ławkę odpocząć. I tak co okrążenie lodowiska. O, tam jest widownia, może namówie rodziców, żeby tam odpocząć ? Może być fajnie.
I tak przez pierwsze pół godziny. A, jeszcze chciał pojeździć z Pingwinkiem. Takim wspomagającym równowagę dla dzieci. Wszystkie były zajęte.
Cóż, tatko musiał sięgnąć do głębi własnej pomysłowości i zacząć mu uatrakcyjniać ślizgawkę. Bo co to za frajda dla czterolatka być statecznie ciągniętym za ręce ? Więc krótkie szkolenie z poruszania nogami. I rozwianie obaw
- A jak się poślizgnę i upadnę ?
- To wstaniesz i pojedziesz dalej !
Krótko i po męsku. Trochę mu się to kłóciło z codziennym "Jasiek, nie biegaj tak bo upadniesz i rozkwasisz sobie nos", ale po chwili namysłu przyjął do wiadomości m, że na lodzie są inne reguły.
Więc zaczynamy zabawę. Przecież za rękę można jeździć o wiele szybciej.
- Tata, ale pędzimy !
Puściliśmy go. O dziwo tyłek zaliczył dopiero po dłuższej chwili. Radzi sobie, jest super !
Pchamy go. Ciągnę jadąc tyłem. Puszczamy, bawimy się w niby-berka.
- Tata, tak szybko mi nie uciekaj !
Ja patrzę, a ten goniąc mnie przemieścił się o pół lodowiska. Samodzielnie i w pionie ! Czyli będzie jeździł :)
Kulminacją była wyprawa na sam środek "dorosłej" części tafli. Minę miał jak zdobywca bieguna :)

Przyznam, że Junior jak na początki przygody świetnie sobie radzi, i spodobało mu się. A że my oboje też uwielbiamy jeździć, to mamy sukces. Teraz trzeba kupić kije hokejowe :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz