piątek, 16 listopada 2012

Gonimy lisa

Jest taka gra, zabawa tradycyjna angielskich dżentelmenów. Pogoń za lisem. Może za lisią kitą. Święto myśliwych, tradycja, nie mędrkuję, Szwagier tu jest dla mnie autorytetem 

Pierworodny może gdzieś o tej gonitwie zasłyszał. Raczej nie wyczytał. Przetworzył po swojemu, dostosował do dostępnych fantów. Zaordynował, że mam mu dać swoją czapkę. Taki kaszkiet do płaszcza. Założył na głowę. Czarny kaszkiet na zielonej czapce, wiązanej pod brodą. Fajnie. Skojarzył mi się z królową Boną  Idziemy. Pada hasło "Nigdy mnie nie dogonisz, uciekam Ci w czapce". Mi dwa razy powtarzać nie trzeba. To go gonię wzdłuż bloków, śmiech odbija się echem od cegieł kamienic wokół podwórzy studni, od wielkich płyt epoki gierkowskiej. Jednak dorobiłem. Zerwałem czapkę, włożyłem na swój czerep. Uciekam truchtem. "Michu, stój, nie możesz". Hmm, muszę dać się złapać. Ściąga mnie za rękę w dół. Znaczy, muszę się schylić. Przejmuje kitę. Tfu, czapkę. Kiedyś już w pracy z rozpędu mówiłem, że muszę już wyjść, bo mi ibobus ucieknie.. I tak w kółko. Dopóki nie dotrzemy do huśtawki, ma której musi się hustac tak wysoko, jak dziewczyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz