W przedszkolu dzieci miały temat o ruchu drogowym. Przepisach i zasadach na ulicy. Ze szczególnym naciskiem na przechodzenie przez ulicę i znaki drogowe.
Przechodzenie przez ulicę mamy opanowane. Oczywiście, jeżeli Jaśko nie ma głowy czymś innym zaprzątniętej. "Tata, możemy iść, nic nie jedzie. Ale Ty już nie musisz patrzeć !". Samodzielność i duma z bycia Starszakiem każą mu przejąć rolę przewodnika stada. W końcu już potrafi ! I Tatko nie musi go sprawdzać...
Czasem na przejściu ze światłami zada głośno pytanie z gatunku trudnych. "A dlaczego ten Pan przechodzi na czujnym świetle ? Przecież tak nie wolno !". Pozostaje mi ciche tłumaczenie, że nie wszyscy są grzeczni, że można mieć wypadek lub dostać mandat. Takie typowe wciskane dzieciom banialuki. Ale od pierwszego takiego pytania staram się nie przechodzić na czerwonym, gdy w zasięgu wzroku jest jakieś dziecko. Swoją argumentację przy okazji wzmocnię opowieścią, jak to dawno temu sam radośnie na czerwonym świetle wbiegłem wprost pod jakiegoś busa, zaliczyłem kilkunastometrowy lot swobodny.. i kolejną migawkę świadomości miałem ze trzy dni później...
Tak, znaki drogowe ma opanowane. Tak przy okazji różnych podróży. Na czerwonym nie wolno i już. Nie jest to zbyt wygodne, bo... "Tato, czemu przejechałeś na żółtym świetle ? Trzeba się przecież zatrzymać !". Policjant czasem wyrozumiale wysłucha bąkania o późnożółtym. Jasiek nie. "Tata, daję Ci mandat i już ! Koniec i kropka !".
Kiedyś w samochodzie zacząłem mu pokazywać i objaśniać znaki drogowe. Temat chwycił. Dorobił się jakiejś gry o znakach. Ma komplet znaków do samochodzików. Podkładkę pod talerz ze znakami. I coś tam jeszcze. I wdraża swoją wiedzę w życie. W samochodzie. Bardziej rygorystycznie niż Najwspanialsza, która jest w miarę wyróżniała odnośnie prędkości ;) Zresztą, ja sam jeżdżę raczej po emerycku, czasem tylko mnie trochę poniesie ;) Świadomość pasażera w foteliku znacznie ogranicza różne pomysły za kółkiem. A pasażer...
- Tata, to jest ograniczenie prędkości ! Ile tam jest napisane ?
No to mu czytam nieświadom Jego celu, powiedzmy
- Osiemdziesiątka :)
- A ile my jedziemy ?
Szybkie spojrzenie na licznik. Ups...
Dylemat moralny. Odkłamać dziecko i powiedzieć "sześćdziesiąt" ? Nawet nie wiem, na ile ze swojego siedzidełka widzi licznik... Ryzykowne. Powiedzieć wymijająco "jeden jeden zero" ? Dać mu przykład odwagi cywilnej i powiedzieć uczciwie i zrozumiale ? Nie ma czasu na analizy, noga z gazu, lekko hamulec.
- Znowu za szybko jechałeś ! To niebezpieczne, musisz zwolnić ! Tata, mandat i sto punktów karnych !
O żesz, na własnej krwi wyhodowany ! Ale w duchu mam nadzieję, że za niecałe dwadzieścia lat choć trochę przejmie mój styl jazdy, taki z gatunku przezorny i ostrożny. No, niektórzy mówią na to inaczej ;) W każdym razie bez nadmiaru brawury fantazji i zaufania do maszyny i innych...
A na marginesie. Przy okazji tematu "bezpieczeństwo na drodze" mogliby dodać hasło "bez fotelika nie jadę". Czasem patrząc w szyby samochodów zadziwia mnie brak wyobraźni wobec nieprzewidywalnego. Były na MiniMini reklamy "Klub pancernika klika w fotelikach". I wydaje mi się, że trzeba o tym dużo i głośno. Nie tylko do dorosłych, ale niech dzieciaki też to wymuszają na rodzicach.
Kiedyś nie było fotelików. Ba, nie było pasów z tylu. I jak byłem malutki, siedziałem sobie z tylu obserwując drogę między fotelami. Tata ostro zahamował i fruuu... Szczęśliwie wylądowałem na jego stopach. Ale równie dobrze lot mogłem zakończyć na szybie Dużego Fiata...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz