piątek, 4 kwietnia 2014

Wypadkowy dzień

Oj, tego dnia Junior miał pecha.

W sumie ja też, bo niby sobota, a ten o 6:15 zarządził pobudkę. Nici z odespania tygodnia, nici ze spokojnej porannej kawy...
A potem było już tylko gorzej :)

Wracając z zakupów spotkaliśmy pod domem Olę, psiapsiółkę z przedszkola. Więc ja sobie plotkuję z Jej mamą i babcią nad siatkami, dzieciaki biegają wokół, na zmianę bawią się w berka czy chowanego. Nagle kątem oka widzę niespodziewanie szybko przemieszczający się obiekt. Taka genetyczna pozostałość po czasach polowań na mamuty - poza głównym polem wzroku oko jest bardzo wyczulone na ruch. Pewnie kiedyś ratowało to życie ;) Dziewczynka na rolkach. Cholera, na kursie kolizyjnym z Jachem ! Krzyknąć nawet nie zdążyłem - bach - lecą
- Jachu odrzucony na plecy
- rolkarka do przodu, machając nogami i starając się nie trafić rolką w ofiarę
Leżą. Ona przerażona. Lecę do Młodego, szczęśliwie głową nie rąbnął w chodnik, wstaje - znaczy przytomny. Krwi brak, kończynami rusza. Przytulam, pytam co i jak. A ten po swojemu zgrywa twardziela. Szczególnie, że Ola patrzy ! Łzy przełyka, mina w podkówkę, w środku Jasia ryczy pełną parą, ale na zewnątrz za wszelką cenę stara się utrzymać fason. "Wszystko OK, nic mi nie jest...". Lekkie otarcie na szyi, pewnie o rolkę zahaczył... Zagoi się, grunt, że glowa oko zęby całe. Lekko zdezynfekowałem rankę, nawet nie jęknął że  szczypie. Twardy jak Chuck Norris ;) Po takiej przygodzie czas do domu.
I pod drzwiami zaczął, że trochę szczypie. I zęby go bolą, więc nie może jeść obiadu i będzie głodny . Po przekroczeniu progu nerwy w końcu puściły... Zaczęło go boleć wszystko włącznie z paznokciami. Strumień łez zaczął wzbudzać obawę o zalanie sąsiadów z dołu. On musi ubrać piżamkę i leżeć w łóżeczku. W dodatku na horyzoncie pojawiła się przerażająca wizja plasterka. Pół godziny człowieczka uspokajałem.
Potem odstawiliśmy auto do garażu. Z powrotem musiałem nieszczęśnika nieść "nabaranie". Ponad 20 kilo nieszczęścia. Bolały go paluszki od nóżek...
Potem, już w domu, stwierdził nagle "już mnie szyja nie boli ! Miałeś rację że przestanie" - pełna satysfakcja ! Za to co 15 minut do wieczora kazał mi sprawdzać, czy na pewno już się ranka zagoiła...

Już jak go "przestało boleć" usiedliśmy do obiadu. Nie wiem jakim cudem. Patrzę, zsuwa się z krzesła, bach na podłogę. Już sam nie wie, czy płakać czy nie. Szczęśliwie po chwili stwierdza "To żaden wypadek po tamtym z panią na rolkach".

Wystarczy na jeden dzień. Mnie tylko - sam nie wiem, czy martwi czy denerwuje - że Jasiek nie chce powiedzieć, czy coś mu jest przy takich wypadkach. Z jednej strony fajnie, że nie roztkliwia się i próbuję dzielnie znieść ból i strach. Ale ja po prostu czasem muszę wiedzieć, w co się uderzył i czy go boli. A nie usłyszeć "w porządku nic mi nie jest" przez zaciśnięte zęby. Tym razem w dodatku ustalił, że to będzie nasza tajemnica i nic mamie nie powiemy. Dziwne. Owszem, kilka razy miał tzw poważną rozmowę, gdy przez nieposłuszeństwo gdzieś się wyrżnął. Może to jego ambicja i metoda na uniknięcie gledzenia staruszków ? A jeszcze nie rozróżnia, kiedy faktycznie sam sobie jest winien, a kiedy - po prostu miał pecha. Trzeba popracować nad tematem.
Poza tym panicznie boi się opatrywania. Tzn jak jest silnie przestraszony da sobie zrobić wszystko. Ale jak szok pierwszy minie - histeria "Tylko nie plaaasteereeeek !!!!!". Ja rozumiem, że woda utleniona szczupie. Że zdjęcie plastra potrafi zaboleć. Zwłaszcza na ręce z włoskami - toż to prawie depilacja. Też tak w sumie miałem. Ale czasem trzeba i już. Musimy przepracować i ten temat. Bo jak krew kapie to trzeba i już.

Ech, nikt nie mówił, że będzie łatwo :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz