piątek, 18 października 2013

Pobranie krwi

Jak byłem malutki...
Czasem człowiekowi trzeba pobrać trochę krwi. Ot, w celach medycznych. Też mi się to czasami w dzieciństwie przytrafiało. Nie lubiłem tego. Wyraźnie zgłaszałem sprzeciw. Ciężko było pielęgniarce z matką mnie utrzymać. Chyba nie bardzo mogły mnie przypiąć pasami do kozetki czy wykorzystać kaftan z długimi rękawami. Odgłosy pewnie jak w rzeźni. Cóż, nie oddam ani kropelki, w końcu to były moje krwinki.
Mimo zapału bojowego i wysokiej motywacji, zawsze przegrywałem...
W związku z chorobą Pani Doktor zaordynowała Młodemu upuszczenie krwi. W celach diagnostycznych. Szliśmy jak przed pluton egzekucyjny. Na wszelki wypadek zorganizowałem wsparcie, wzmocnienie sił obecnością Najpiękniejszej. Spodziewałem się wszystkiego. Przed oczy cisnął mi się scenariusz pt. ja mdleję, Młodu w ataku histerii wybiega przez okno...
Usiedliśmy na krześle. Tzn Najdzielniejsza usiadła z Nim na kolanach. Ja przed nimi, żeby go w razie czego złapać. Starałem się patrzeć w inną stronę. Pielęgniarka podgrzała atmosferę proszę koleżankę, by trzymała rączkę, bo klient wygląda na krzepkiego i zdecydowanego...
Pac, "motylek" usiadł na rączce i lekko ukłuł, patrz, jak krwinki grzecznie płyną do pojemnika, o i już po wszystkim... Wszystkiego trzy łezki.
Już ?! Bez scen z Dantego ?! I nawet ja nie zasłabłem ?!
Ba, jak po południu weszliśmy do gabinetu tortur w poszukiwaniu wyników Młody tylko spytał na widok fotela "Nie będziemy pobierać krwinek ?".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz