poniedziałek, 21 października 2013

Choroba

Dziecko zachorowało. Na długo. Czyli na dwa tygodnie. Szkarlatyna. Brzmi groźnie. W głowie szumią przedwojenne nowele. Rodzinne opowieści, jak to Tatko mój w dzieciństwie cudem się wykaraskał, a Dziadek pobił lekarza motywując go do leczenia zamiast sugerowania zakupu trumienki. Opowieści, jak ktoś po chorobie uczył się na nowo chodzić. Lektura Wikipedii wskazującej 25% śmiertelność dzieci na tą chorobę wg statystyk sprzed 50 lat. Pocieszała myśl, że wynalezienie antybiotyków zmniejszyło żniwo bakterii poniżej 1% - znowu Wiki. Wizja łuszczącego się jak trędowaty, obłożnie chorego, trawionego 40-stopniową gorączką, z groźbą szpitala zakaźnego w zanadrzu  Pierworodnego nie nastrajała optymistycznie...
A ten z reguły stanu wyższego podgorączkowego nie przekraczał. Fakt, chory był, nie miał ciężkie, uszko bolało, brzuszek, marudził pół nocy... Skóra mu zeszła - z palców jednej skłoni. Narzekał, że się nie wysłał, bo go budzimy w nocy na przeciwbiotyk.
A ten - w międzyczasie nauczył się malować kotka, robić stemple z ziemniaków, był w kinie, wydębił kilka zabawek po drodze od lekarza, uzyskał chwilowe zwolnienie z utrzymywania porządku w zabawkach... Dwa tygodnie siedzi w domu na zmianę z mamcią lub papciem...

Może ja też chociaż na grypę zachoruje ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz