Pod Szczecinem podjęliśmy spontaniczną decyzje - "po drodze" zobaczymy kawałek Berlina. Bez odrobiny Euro w kieszeni, z myślą światowców, że będziemy używać karty, w razie potrzeby ktoś kiedyś wymyślił bankomat. Pędzimy więc sobie piękna prostą autobahną, gdy z czeluści tylnej kanapy dobiega hasło "Chcę kupkę". Hasło potwierdza tzw. bąk. Dobra, w końcu to podobno kraj cywilizowany. Stajemy przy pierwszej tankenstelli, zmierzamy ku przybytkowi ulgi i... zonk. Bramka, automat na monety, założenie zaproszenie do wrzucenia 70 centów. A w kieszeni ani jednej monety. Ludzi sporo, głupio próbować, czy podpasuje złotówka czy dwuzłotówka. Nie czuję się też na siłach dyskutować w narzeczu wschodnioteutońskim o dobru trzylatka, dla nich ordnung muss sein, a jak się później okazało, z językami obcymi u nich niezbyt...
- Jasiu, wytrzymasz jeszcze ?
- Chyba tak ...
Ryzykuje, trudno, ordnung w końcu to ordnung, a w przypadku próby sforsowania bramki z członkiem służb stworzonych po upadku gestapo i STASI nie chce mi się dyskutować... Ignoruje więc ograniczenia i zalecenia prędkości, wyłamuję się ze sznurka niemieckich aut karnie jadących w sznurku, i po dłuższej chwili, ze słowiańską i kozacką fantazją wpadamy na kolejny parking. Toaleta jest, bezpłatna, zdążyliśmy, chwila odprężenia :) Młody przestał puszczać bąki. Muszę przyznać, że dzielnie się trzymał.
A już po wyjeździe z Hauptstadtu co zobaczył parking, nabierał ochoty na pilne (!!!) posiedzenie. I wyraźnie dawał do zrozumienia, że po BARDZO PILNA POTRZEBA. Zjeżdżaliśmy, Jasiek wchodził, stwierdzał aż tak bardzo nie chce i możemy jechać dalej, do takiej ubikacji "z pieniążkiem".
Po trzecim razie nie daliśmy już się nabrać. Więcej nie próbował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz