W zamierzchłych czasach, gdy latorośl nie była jeszcze nawet Borsuczkiem ani Myszem. Tzn. około 4 doby samodzielnego życia, nastąpiło Jego uroczyste przybycie do domu.
Jak odpowiedzialny ojciec postanowiłem przygotować dom. Po lekturze pierdyliona książek i na podstawie tzw. wiedzy ogólnej o życiu wiedziałem, że dziecko nie może zmarznąć, musi być ciepło wokół. Był chłodny listopad. W związku z tym dbałem, by Najdroższa nie robiła przeciągów, i zadbałem o regulację kaloryferów. Tzn. przekręciłem pokrętło do oporu. Walczyłem z pokusą, by wziąć klucz i jeszcze odrobinę przekręcić.
Najdroższa wraz ze świeżo upieczonymi Babciami coś marudziły, że za gorąco, że za mocno grzeją. Po dwóch dniach zorientowały się, że kaloryfer ma pokrętło, i przekręciły je w drugą stronę. Też do końca.
Po powrocie z pracy zastałem wyziębiony, lodowaty dom. Zastanawiałem się, czy zdejmować kurtkę. Pobiegłem do łóżeczka sprawdzić, czy Pierworodny nie wpadł w stan hibernacji.
Sprawdziłem termometr. Słupek spadł z liczby 30 na jakieś 23. Jeszcze wietrzyły, w listopadzie !
Mnie czekała pogadanka rodzinna o warunkach środowiskowych odpowiednich dla człowieka młodszego niż tydzień i przypominająca casus Rozalki, która spędziła trzy zdrowaśki w piecu chlebowym.
Trudno, kobiety wiedzą lepiej, muszę pogodzić się z faktem, że własny syn będzie wychowywany jak jakiś Eskimos....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz