Foch poranny. Zdarza się przyszłemu spadkobiercy zbudzić zanim wyjdę do pracy. Nie panuje jeszcze nad kalendarzem, więc z początku ma nadzieję, że to weekend, i pada sakramentalne pytanie: dokąd dziś pojedziemy Szybko się jednak orientuje, że coś nie gra, tatko jest jakoś dziwnie ubrany, teczkę szykuje, pakuje, wybiera się sam dokądś. Acha, czyżby był na tyle bezczelny, że chce iść do pracy ?! I to sam ?! To ja mu to wybije z głowy. I ryk, szloch, jak widzi, że i tak się szykuję, zgrabnie zmienia taktykę, i uderza w ton zatytułowany: Michu idę z Tobą. Jeszcze nie wypadł na to, żeby się ubrać i próbować wyjść że mną, ale to pewnie kwestia czasu... Będę chyba musiał ulatniac się o barbarzyńskiej 5 rano. A dawniej było tak pięknie. Wstawał raniutko, pogadaliśmy, lądował w bujaku z krecacym się hipopotamem, i zasypiał na nowo. Jedynie czasem wyczuwalem pieluchę na granicy pojemności. Bach na przewijak. I Borsuczek przystępował do jednej z ulubionych zabaw. W wieloryba. Fontanna bywała wartka jak górski strumień, więc kończyła się zmianą koszuli. A dziś cichaczem się wymykam. Co będzie w następnym etapie ? |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz