Jakieś półtora roku temu dostałem na imieniny model samolotu. Postanowiłem go zrobić porządnie. Model nie był idealnie spasowany, więc pieściłem, przycinałem, szlifowałem elementy... Potem poszedł na półkę z braku czasu.
Wreszcie postanowiłem wykończyć. Czyli pomalować, nanieść kalkomanię, itp Przygotowałem pilniczek do paznokci w celu ostatnich poprawek, naszkicowałem maskowanie, rozrobiłem dokładnie farbki.
- Tatuś, mogę pomalować z Tobą ?
Takich próśb się nie odrzuca. Czym skorupka za młodu... Poza tym,może kiedyś wspomni "Jako dziecko z Tatusiem sklejałem modele, piękne to było". Wytłumaczyłem mu dokładnie co i jak, że delikatnie, że po linii, że...
- Jachu, nie tak !!!!!!!!!!!
Zagłębił pędzel cały w farbce, lekko obtarł (!) nadmiar, i bach przez środek skrzydła, robiąc ze specjalistycznego wściekle drogiego pędzelka rozczapierzoną miotłę... I kałużę gęstej farby pełnej bąbelków powietrza. Potem to rozprowadzał zostawiając smugi pędzla...
Zamalowując kolorem Dark Gull Frey tydzień dopieszczany wylot sprężonych gazów silnika odrzutowego. W barwach trzech metali, z cieniowaniem i żmudnie malowanymi okopceniami.
Zarys plam kamuflażu dawno przestał się liczyć.
Odpuściłem w tym momencie wierność odtworzenia F-22 Raptor. Dałem się ponieść dziecięcej kreatywności. Niech te plamy będą fantazyjne.
Tylko... Nieopatrznie obok postawiłem otwarty sloiczek z trzecim odcieniem szarości... Więc mamy maskowanie eksperymentalne, zresztą - Raptor też jest swoistym eksperymentem, a nie podstawą wyposażenia US Air Forces.
W sumie, jak na współpracę z 5-ciolatkiem, pozostaje mi się cieszyć, że malowanie nie jest czerwono-zielone.
A mój plan na piękny model wiszący u Jasia pod sufitem właśnie okrąża w jego rękach pokój atakując kanapę. W razie czego trochę kleju mam w zapasie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz