Z cyklu "wyjście z przedszkola".
Oczywiście ubierał się 20 minut, trzy razy wracał do sali pożegnać się z panią Bogusią, przypomniał sobie o siusiu i ze musi jeszcze się napić... Norma.
Wyszliśmy wreszcie z podwórka na ulicę. Oparł się o mur, przybrał poważną minę. Bardzo poważną.
- Kurcze. Tato, musimy wrócić. Zapomniałem samolotu. Wojskowego. Od Kuby dostałem. Zrobił mi z białej kartki.
W takiej sytuacji nie było wyjścia. Pani Bogusia tylko podejrzliwie spoglądała, w czym rzecz... Ale zrozumiała powagę sytuacji... Samolot się znalazł. Zrozumiałem. Był wspaniale pomalowany w zielono-ciemnozielone ciapki. Malowanie z czasów WWII. Muszę ich wprowadzić w zmiany we współczesnej technice kamuflażu ;) Wyszliśmy po raz drugi.
Doszliśmy do świateł na skrzyżowaniu. Rozmawiamy o zaćmieniu słońca. Obserwował z kolezanka zza okna. I nagle, ton poważny...
- Tato, MUSIMY jeszcze raz wrócić. Zostawiłem okulary przeciwsłoneczne.
O żesz... Szybka analiza - jutro weekend, jedziemy w trasę, małżowina założy swoje, junior nie odpuści. Brak focha i maruda w aucie jest tego wart. Wracamy.
- Czego zapomnieliście ? - pani Bogusia ledwo tłumi śmiech...
- Okularów słonecznych...
- Musi pan mieć do niego cierpliwość...
- Oj muszę... ;)
Nic sobie więcej nie przypomniał na szczęście :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz