Cóż... Męskie zabawy, męska wyprawa... Pot kurz i błoto :) Podobno dzieci są czyste albo szczęśliwe.
Więc... Kolega sobie sprawił ogromnego SUVa i postanowił sprawdzić, jak ta krowa radzi sobie poza asfaltem. Znaleźliśmy kawałek błota, jako laicy w temacie but i prosto. Skończyło się w jedyny możliwy sposób. Koleiny okazały się zbyt błotniste, stoimy. Jak dwa leszcze, nawet łopaty nie mieliśmy. łamiemy gałązki, próbujemy podkładać pod koła. Jasiek dzielnie nam pomaga, wyczuł sytuację. Biegnie ku nam z naręczem zebranego chrusty, w poprzek błota. Nagle dobiega mnie płacz
- Móóój buuuciiiiiik !!!!
Szybko ogarniam sytuację: stoi po pas w błocie i usiłuje wyjąć nogę :) Biegnę na ratunek, chlup, po kolana... Ups... Pod pachy, w górę, dobrze jest wychodzi, dotarliśmy do twardego. Oceniam straty, nogi na swoim miejscu, warstwa błota na spodniach, czas wyjąć z auta ubranie na zmianę. Tylko... bucika brak. Nurkuję w błoto - jest, na dnie dziury po nodze, uratowany. Tylko chwilowo bezużyteczny, jak to adidas wypełniony błotem :) To jednak włożę mu kalosze... Wcześniej nie przewidziałem potrzeby...
Oczywiście kazał umyć sobie nogi z błota do czysta, wystrojony nie schodził już z twardego :) .
W przeciwieństwie do tatki, który wpadł na pomysł zajrzeć pod auto i stwierdził, że głównym problemem nie jest brak przyczepności, a fakt, że 2,5 tony bydlęcia wisi podwoziem na garbie między koleinami. Cóż, przyjazny tubylec, lina, Ursus i mogliśmy jechać dalej na podbój bezdroży :)
Po powrocie małżonka tylko spytała, czy musiałem mu brać dwie pary najnowszych spodni. Musiał przecież ładnie się prezentować na wycieczce ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz